WRZESIEŃ 1994

 


 

 

SPIS TREŚCI:

 

Tajemnice rozwoju - Henryk
Dzieci muszą mieć wiele cierpliwości dla dorosłych - Phil Bosmans
Nasza pani dyrektor - wywiad
Rodzice - Jolanta Tim
Jaszczurka - Jolanta Tim
Jeszcze raz o szkole - Helena Hrapkiewicz
Sylwia - Barbara Kołodziej
Bajeczka ortograficzna - Danuta Krzyżyk
Historia nadawania imion i nazwisk na ziemiach polskich - Danuta Krzyżyk
Powiernik nastolatków
Inna - Ewa
W czasie podróży dzieci się nudzą - dr Dorota Kornas-Biela
Czy skazani? - Wanda Wieczorek
Czytelnicy piszą
Jest taka rodzina w Warszawie - Ewa Krakowczyk
 


TAJEMNICE ROZWOJU

Dwie matki mówiły o swoich dzieciach:

"Mój Piotruś rozwija się o wiele szybciej niż młodszy syn. Szybciej nauczył się mówić i chodzić, i wspinać, wszystko chce robić sam. Wydaje mi się, że Piotruś dużo nauczył się od starszego, chce mu dorównać."

"Moja Małgosia jest mniej samodzielna niż pierwszych dwoje dzieci. Chociaż z obydwu może brać przykład, chce, ażeby we wszystkim jej pomagać, przy ubieraniu i jedzeniu, i nawet przy zabawie. Być może bierze się to stąd, że jako najmłodsza była przez wszystkich rozpieszczana. Bawi ją, gdy ma wokół siebie wszystkich i jest przez nich obsługiwana."

Skąd się bierze to, że niektóre dzieci rozwijają się szybciej, łatwiej przychodzi im nauka, są bardziej samodzielne, a inne wciąż nie nadążają, trzeba ich do wszystkiego długo namawiać, albo robią coś innego niż powinny? Przyczyny są różne:

- bo się takie urodziły,

- bo podpatrzyły,

- bo je tak nauczono,

- bo są zdolniejsze,

- bo są ambitne.

Można by jeszcze długo wymieniać różnice między nimi. Podobnie zresztą różnią się i dorośli. Jedni są bardziej pracowici, inni mniej. Jednym się wszystko udaje, innym prawie nic.

Pesymizm, optymizm, realizm

Pedagogika poszukując odpowiedzi na te pytania przez długi czas znajdowała pesymistyczne lub optymistyczne odpowiedzi. Z czasem dopiero zaczął rodzić się pedagogiczny realizm.

Pedagogiczny pesymizm wyrażał się w bezsilności wychowania: wychowanie mało może, bo ktoś, kto staje się człowiekiem, jest już z góry określony. Tezę tę reprezentowali zwolennicy determinizmu dziedzicznego, którzy uważali człowieka jedynie za produkt natury, czyli że jego zachowania zależą tylko od cech dziedzicznych. Ale także z pozycji absolutnego indeterminizmu, reprezentowanego przez radykalnych przedstawicieli filozofii egzystencjalnej, da się zakwestionować możliwość wychowania. Wierzy on w bezwarunkową wolność człowieka, który jest rozumiany jako dzieło samego siebie. Mogą go zmienić jedynie bardzo silne przeżycia, jak śmierć, wina i miłość.

Pedagogiczny optymizm w swojej radykalnej formie jest przekonany o wszechmocy wychowania. Tutaj nowo narodzony człowiek jest rozumiany jako niezapisana kartka (tabula rasa Johna Locke'a), którą da się w najróżniejszy sposób formować. Człowiek jest niczym innym jak tylko tym, co zrobi z nim wychowanie (Emmanuel Kant). Także francuskim filozofom okresu oświecenia wydawało się, że poprzez powszechne nauczanie urzeczywistnią wolność, równość i braterstwo.

W naszym wieku również na Wschodzie i Zachodzie reprezentowane są poglądy, które widzą w wychowaniu nieograniczone możliwości sprawcze. Amerykański psycholog James Watson pisał: "Dajcie mi tuzin zdrowych dzieci ... Gwarantuję wam, że na oślep wybiorę jedno z nich i wychowam go na przedstawiciela jakiegokolwiek zawodu, może to być lekarz, sędzia, artysta, handlowiec albo żebrak, złodziej bez względu na jego talenty, skłonności, zdolności, predyspozycje, rasę albo przodków". Także dla marksistów cechy dziedziczne dla właściwości psychicznych są bez znaczenia, a osobowość jest tylko produktem uczenia i wychowania, jak twierdził Antoni S. Makarenko: "Siła wychowania jest u nas w Związku Radzieckim ogromna i może być wszechpotężna... "

Pesymizm i optymizm jednakowo są niebezpieczne, przede wszystkim dlatego że czynią człowieka produktem bądź natury, bądź społeczeństwa. Wskazany jest zatem odpowiedzialny, pedagogiczny realizm, w obrębie którego występuje możliwość optymalnego uczenia i wychowania, z uwzględnieniem wszystkich możliwości i ograniczeń, jakie pochodzą z wyposażenia dziedzicznego i społecznych zachęt (stymulacji), a także własnej aktywności.

Dziedziczność

Cechy dziedziczone, czyli te które przenoszone są w szeregu pokoleń, określone zostają w procesie zapłodnienia. Ich nosicielami są geny, stąd też nauka o dziedziczeniu nazywa się genetyką. Materialnym podłożem informacji genetycznej jest kwas dezoksyrybonukleinowy (DNA). Suma indywidualnych genów i związanych z nimi cech genetycznych nazywa się genotypem.

W procesie zapłodnienia następuje zmieszanie się cech dziedzicznych ojca i cech dziedzicznych matki. Możliwość kombinacji (połączeń) jest tak wielka, że nie zdarza się, by dzieci jednej pary rodziców posiadały te same cechy dziedziczne. Dlatego każdy z nas posiada swój indywidualny, tzn. jednorazowy i niepowtarzalny genotyp.

Wyjątek tworzą jednojajowe bliźniaki, które powstają z tej samej zapłodnionej komórki jajowej i dlatego genetycznie są identyczne. Dwujajowe bliźniaki natomiast zostały poczęte w tym samym czasie, ale w dwóch procesach zapłodnienia.

Różnice w genotypie powstają nie tylko poprzez zmieszanie (mikso-wariacje), ale także poprzez mutacje. Mutacje są występującymi nagle i trwałymi zmianami informacji dziedzicznej. Wpływ na powstanie mutacji ma środowisko, np. wahania temperatury, trucizna, promieniowanie. Zachodzące pod wpływem środowiska przekształcanie się cech dziedzicznych w określone cechy nabyte nazywa się modyfikacją.

Cechy dziedziczne są zaprogramowanymi dyspozycjami - możliwościami w sensie zdolności (potencje) i gotowości (tendencje), które mogą, ale nie muszą być zaktualizowane. Układowi środowiskowemu i wychowaniu przypada zadanie optymalnego zaktualizowania genetycznej możliwości każdej jednostki.

Mówiąc o dziedziczeniu należy też wspomnieć, że to, co jest wrodzone, nie musi oznaczać tego, co dziedziczne, ponieważ dziecko już w łonie matki jest pod wpływem cech środowiskowych, np. lekarstw, które matka przyjmuje. Również przebieg samego porodu stanowi wpływ środowiskowy, który może spowodować defekty (np. uszkodzenie mózgu w następstwie braku tlenu).

Wpływ środowiska

Człowiek od poczęcia aż do śmierci jest poddawany bezpośrednim i pośrednim wpływom środowiskowym. W wychowaniu staramy się kontrolować środowisko tak, aby ono wyzwalało możliwości rozwojowe człowieka.

W środowisku da się wyróżnić wychowawczo znaczące sfery (które po części się krzyżują):

- naturalna: krajobraz, klimat, odżywianie;

- ekonomiczna: majątek, mieszkanie i jego urządzenie;

- społeczna: warstwa społeczna, miasto-wieś, stosunki rodzinne;

- kulturalna: zabawki, książki, mass-media, duch czasu, obyczaje, światopogląd, religia.

Wszystkie te czynniki w różnym stopniu bezpośrednio lub pośrednio wpływają na wychowanie i samowychowanie - na uczenie się i kształtowanie osobowości, na postęp szkolny i sukces życiowy.

Wpływy środowiskowe nie zawsze są przeżywane świadomie, ale działają również jako niezauważalne. Właśnie działania niekontrolowane mogą być szczególnie doniosłe w skutkach, jak np. charakterystyczny dla danej warstwy społecznej sposób mówienia, który może znaleźć swoje odzwierciedlenie w myśleniu. Pamiętam, np. w wojsku nie kradło się, ale się organizowało. Ten, który nie potrafił "zorganizować czegoś" (czyli faktycznie ukraść), uchodził za niezaradnego. Podobny chaos moralny wywołuje posługiwanie się słowem "miłość" przy opisywaniu czasem krańcowo różnych zachowań.

Oddziaływania środowiskowe są szczególnie silne u młodych ludzi, najbardziej w wieku dziecięcym. Dzieci posiadają większą plastyczność niż starsi, mniej potrafią oprzeć się swojemu środowisku, którego prawie że nie potrafią oceniać krytycznie i zmienić, tak że ulegają w dużym stopniu jego wpływom.

Stopień działania wpływów środowiskowych zależy od następujących okoliczności: siły, trwałości i częstotliwości działania; ogólnego klimatu, w którym poszczególne działania mają miejsce (np. czy i w jaki sposób podatność na zmiany jest nagradzana); stałego i chwilowego samopoczucia odbiorcy działania; własnych aktywności, krytycznych dyskusji z wpływami i wychowawczej pomocy.

Skrzyżowanie dziedziczno-środowiskowe

"Następstwa cech dziedzicznych i czynników środowiskowych nie są niezależne od siebie, ale wzajemnie się warunkują i na siebie wpływają. Skrzyżowanie dziedziczno-środowiskowe (konwergencja) da się wyrazić następująco: uzdolnienie istnieje tylko ze względu na środowisko, a środowisko tylko ze względu na uzdolnienie. Tam, gdzie nie ma żadnego uzdolnienia, tam też żadne środowisko nie jest skuteczne.

Przy wzajemnym oddziaływaniu pomiędzy układem czynników dziedzicznych i wpływami środowiskowymi nie mamy do czynienia z prostym sumowaniem się obydwu komponentów. W przebiegu rozwoju mamy do czynienia z ciągłymi, coraz nowszymi kombinacjami tych dwóch czynników - dziedziczenia i środowiska - co uwidacznia się poprzez określone cechy, które przynajmniej w zakresie psychiczno-duchowym z reguły nie są sztywne, lecz z biegiem życia mogą się wciąż na nowo zmieniać.

W dużej mierze dziedziczone i najmniej podatne na wpływy środowiskowe są: konstytucja ciała (całościowe ujęcie organizmu), cielesne właściwości (jak wrażliwość zmysłowa), witalność (biologiczna pojemność życiowa), cechy temperamentalne (jak czas reakcji, silniejsze aktywne skierowanie się do świata zewnętrznego albo silniejsze bierne skierowanie się do własnego wnętrza).

Dziedzicznie określona, ale zarazem pod silnym wpływem środowiska jest sfera emocjonalna (jak uzewnętrznianie czy stałość uczuć), gotowość i zdolność do wysiłku i skupienia oraz inteligencja (tzw. czynnik "g" - ogólna zdolność do abstrakcyjnego myślenia).

Pod małym wpływem dziedzicznym i jako bardzo dające się zmienić przez oddziaływanie środowiska (i wychowania) są np. psychiczne potrzeby społeczno-kulturowe, zainteresowania, osiągnięcia szkolne (przynajmniej w sensie wiedzy i wyćwiczonych umiejętności), motywacje, systemy wartości, charakter i postawy, wrażliwość sumienia, przekonania światopoglądowe i religijne.

Samostanowienie

Jeśli nie chcemy być całkowicie zdeterminowani przez dziedziczność i pochłonięci przez środowisko, musimy wyrobić w sobie umiejętność zdystansowania się zarówno do dziedziczności jak i środowiska, tak jak tylko to jest możliwe. W ten sposób będziemy stawali się coraz bardziej wolni.

Samo pojęcie wolności ciągle jest dyskutowane, jak również możliwość jej zaistnienia. Dla skrajnych deterministów (tylko dziedziczność lub tylko środowisko) wolność jest iluzją. Indeterminiści natomiast pojmują wolność jako możliwość wyboru. To ostatnie rozumienie proponuje nam tzw. liberalizm, który absolutyzuje wolność, czyniąc ją celem samym w sobie.

Te kierunki pedagogiczne, które opierają się na koncepcji człowieka pojętego jako harmonię sfer: biologicznej, psychicznej i duchowej pojmują wolność jako twórczą możliwość. Za tak rozumianą wolnością opowiada się też wielu psychologów, jak Erich Fromm, który wyróżnia w człowieku potrzebę transcendencji (przekraczania siebie) czy Wiktor Franki, który całą swoją teorię i psychoterapię oparł na uznaniu sfery duchowej, dzięki której ludzie nawet w obozach koncentracyjnych mogli żyć godnie i z godnością umierać, z przeświadczeniem, że tego, co najbardziej ludzkie nikt nie może im wydrzeć. Franki właśnie tam - w obozie koncentracyjnym - pomagał ludziom odkryć w sobie sferę ducha i duchowe wartości.

Wolność - z punktu widzenia wychowawczego (pedagogicznego) - urzeczywistnia się m.in. przez wyobrażenie jakiegoś życia lepszego niż obecne. Mamy więc tutaj pewną ideę nowego człowieka. Przykładem realizacji "nowego człowieka" są pewne wzory osobowe, które albo naśladujemy sami, albo podajemy tym, których wychowujemy bądź w sposób świadomy, bądź nieświadomy. Czy nam się to podoba, czy nie, zawsze bardziej lub mniej świadomie kogoś naśladujemy. Nie jesteśmy w stanie całkowicie oprzeć się mechanizmowi identyfikacji.

Dobrze jest, jeśli świadomie wybieramy dla siebie ideał "nowego człowieka". Wówczas łatwiej będzie nam to wszystko, co tutaj powiedzieliśmy o dziedziczności i środowisku włączyć w kształtowanie samego siebie. Wówczas też wolność nie będzie celem samym w sobie, ale stylem życia i przeżywaniem siebie - posiadaniem siebie, ze świadomością, że posiadam pewne bogactwo, jakie odziedziczyłem, a także bogactwo, jakie otrzymałem od środowiska. A dar ma to do siebie, że się go nie wybiera. Co więcej - jego wielkość jest pomnożona przez Dawcę. Szacunek dla Dawcy okażemy przez to, że w sposób mądry i celowy wykorzystamy to, co otrzymaliśmy. Wspomnę tutaj choćby talenty, które otrzymałem dla siebie - ale czy tylko dla siebie?

Henryk


DZIECI MUSZĄ MIEĆ WIELE CIERPLIWOŚCI DLA DOROSŁYCH

Czy nigdy nie miałeś wrażenia, jak bardzo niekiedy dzieci się dziwią, że dorośli nic nie rozumieją?

Kiedy dorośli rozmawiają, to przeważnie chodzi tylko o liczenie. Zanim kogoś poznają, to pytają, co posiada, ile zarabia, jakie ma tytuły i jakie stosunki?

Jeśli chodzi o dom, to mówią po prostu: "Ćwierć albo pół miliona", i już wyobrażają sobie dom. Wiedzą z góry, jaki to będzie dom! A jeśli opowiada się dzieciom o przyjacielu, to pytają: zbiera motyle, umie gwizdać na palcach, można się z nim bawić? A gdy mowa o domu, dzieci pytają o jego kolor, o kwiaty w oknach.

Dzieci pytają również: czy na dachu siedzą gołębie, czy w tym domu jest kanarek? Jam, gdzie pojawią się dzieci, wszystko nabiera świeżości i naturalności,

pełne jest kwiatów, ciepła, życia. Dorośli nie znają się na tym. Tacy już są. Rozmawiają o zarobkach, myślą ciągle o pieniądzach.

"Dlatego dzieci muszą mieć wiele cierpliwości dla dorosłych" - mówi Mały Książę.

Phil Bosmans


NASZA PANI DYREKTOR

Rozmowa "Powiernika Rodzin" z dyrektorem szkoły nr 35 w Zabrzu - mgr Małgorzatą Szulikową

PR - Pani Małgosiu, jak to jest, gdy spełniają się marzenia? Podobno tak się stało w Pani życiu...

MSz - (śmieje się) Ktoś już Pani o mnie naplotkował, ale rzeczywiście mogę powiedzieć, że moje marzenia się spełniły. Mam wspaniałego męża, czwórkę uroczych, równie wspaniałych dzieci: Tomka - 15 lat, Justynę - 13 lat, Marcina - 11 lat i czteroletniego Marka. Jestem od ośmiu lat dyrektorem szkoły, w której czuję się jak w domu i chyba młodzież też się w niej tak czuje, skoro utrzymują z nami kontakt po jej ukończeniu.

Dom budowaliśmy sami. Czasem przychodziły chwile zwątpienia, brakowało sił, ale przyjaciele pomagali. Przyjaciół mamy sporo, są z nami w trudnych chwilach.

Studiowałam matematykę w Opolu. Pamiętam, że w jednym z listów mąż napisał: Jest ciężko, to fakt. Ale będziemy sobie pomagali, prawda? Chrystus też nam pomoże. Na wszystko przyjdzie czas... Czas, który mamy wypełnić... Będziemy mieli wymarzony domek, przedtem dyplomy ciężko zapracowane. Bóg da nam jeszcze dużo czasu dla nas i dla drugich. Prawie wszystko się spełniło...

PR - Pani Małgosiu, od ośmiu lat jest Pani dyrektorem szkoły. Uczniowie mówią, że w szkole czują się jak w domu.

Mówią: "Nasza pani dyrektor ..." Rodzice też.

Czy może Pani zdradzić swój sekret: jak to Pani zrobiła, że współpraca z rodzicami układa się pomyślnie?

MSz - Dla mnie ta współpraca stanowi jakąś nierozerwalną całość. Nie da się jej uniknąć ani oddzielić jednego od drugiego. Gdy zostałam dyrektorem postanowiłam budować wspólnotę uczniowską opierając się na rodzicach. Do tej pory szkoła była instytucją, w której życie toczyło się od dzwonka do dzwonka. Chciałam, żeby było inaczej. Prosiłam o pomoc rodziców, chodziłam po domach i rozmawiałam z nimi, tzn. wspólnie zastanawialiśmy się, jaka powinna być nasza szkoła. To zmobilizowało rodziców do współodpowiedzialności. W ciągu dwóch miesięcy przeprowadziliśmy generalny remont, a potem zaczęła się wspólna praca. Od tej pory nasza szkoła jest miejscem spotkań, naszych spotkań, na przykład przy wigilijnym stole, przy omawianiu spraw ekologicznych i z wielu innych różnych okazji. W ten sposób następowała integracja szkoły i domu rodzinnego. Grono nauczycielskie samo podejmuje pewne działania, aby tę integrację utrzymać. Wiele problemów rozwiązujemy w trakcie dyskusji z rodzicami i z uczniami. Do takich należą rozmowy o przywiązaniu do miejsca, w którym się mieszka, o współodpowiedzialności za rodzinę, w której się żyje itd.

Jestem zadowolona, bo ja i nauczyciele, i uczniowie w naszej szkole czują się jak w domu. Oczywiście, że są problemy, że trzeba się napracować, ale kiedy wykonuje się bardzo dużo pracy w dobrej atmosferze, to człowiek nie czuje jej ciężaru.

PR - Jaka jest Pani definicja wychowania i nauczania?

MSz - Po pierwsze nie istnieje żadna granica, która by oddzielała te dwa pojęcia od siebie. Ale jeżeli byśmy mieli już rozgraniczać owe pojęcia, to pierwsze jest wychowanie, a w nim liczy się, przynajmniej dla mnie, własny przykład, postawa, odpowiedzialność za to co się mówi i robi. Gdy moi uczniowie kończą szkołę i proszą o wpisanie się do pamiętników, dedykuję im słowa: "są dwa szczęścia w życiu człowieka, jedno małe - być szczęśliwym, drugie duże - uszczęśliwiać drugich". Staramy się realizować te słowa w naszej szkole, chyba coś z tego zostaje, bo nasi absolwenci utrzymują ze szkolą kontakt, przyjeżdżają, piszą listy, itd.

PR - Pozwoli Pani, że zacytuję fragment, mąż pokazał mi kilka listów. One są chyba najlepszą oceną Pani pracy:

Dziękuję również za to, że za Pani przyczyną i całego Grona Pedagogicznego mialam możliwość przebywania wśród ludzi peinych sympatii, poczucia humoru, pogody ducha i niewątpliwie heroizmu... przebywając w szkole miałam zawsze wrażenie pewnej prywatności, która w nieuchwytny sposób unosiła się w aurze panującej w szkole, przydając jej tego miłego, swojskiego, domowego klimatu. W moim odczuciu jest to - i myślę, że będzie nadal wspaniała i wyjątkowa szkoła.

PR - Czy chciałaby Pani coś dodać do tych słów?

MSz - Nie, za dużo mówimy o mnie, a przecież to nie moja zasługa. Wszyscy tworzymy atmosferę w szkole, tj. nauczyciele, uczniowie, rodzice.

PR - Czy realizuje Pani u siebie program wychowania prorodzinnego (przygotowania do życia w rodzinie)?

MSz - To jest dla nas oczywiste. Już mówiłam o tym wcześniej, że przy każdej okazji podkreślamy znaczenie rodziny w życiu człowieka. Rodzice są w naszej pracy obecni na codzień, prowadzą nawet niektóre lekcje (muzyka, plastyka). Prowadzimy również rozmowy z uczniami o rodzinie, o domu rodzinnym. Mieliśmy nawet taki dzień, to było święto szkolne, poświęcone rodzinie. Uczniowie wraz z rodzicami przygotowywali program. Były rozmowy, konkursy, skecze, wywiady. Między innymi ogłosiliśmy konkurs na hasło o rodzinie. Wygrał uczeń z pierwszej klasy, a hasło brzmiało: "Szczęśliwa rodzina, to szczęśliwy kraj, chcesz mieć szczęśliwą rodzinę, od siebie coś daj."

A wie pani, jakie żony chcieliby mieć moi uczniowie? Niegadatliwe i niekłótliwe, a dzieci mądre i samodzielne.

PR - Co Pani chciałaby przekazać swoim kolegom i koleżankom na rozpoczęcie roku szkolnego?

MSz - Na początek jedną rzecz, która wydaje mi się najistotniejsza - nie zapominać, że uczeń to człowiek, istota czująca i myśląca, wrażliwa. Być może od nas zależy, jakie będzie jego życie i kim będzie w przyszłości.

PR - Dziękując Pani za rozmowę życzę wszystkim uczniom, rozpoczynającym rok szkolny, takich dyrektorów jak Pani i takich nauczycieli jak w Pani szkole.

Rozmawiała Barbara Pytlos


RODZICE

Kiedy urodziła się Dominika, Ewelina była na pierwszym roku studiów. Obie babcie wpadły w popłoch - ich "dzieci" studiów nie skończą. Rade nie rade uradziły wspólnie, że trudno, będą musiały pogodzić swoją pracę zawodową z niańczeniem wnuka. Ale młodzi rodzice zaprotestowali. Jeżeli chcieliśmy mieć dzieci, to musimy umieć je wychować! Tak wiec układali sobie plan zajęć, tak przekładali ćwiczenia, żeby ich córka na tym nie ucierpiała. Kiedy rok później urodził się Jakub, popłoch u babć przerodził się w panikę. W rodzinnej naradzie postanowiły, że się poświęcą. Oczywiście zapomniały zapytać przedtem świeżo upieczonych, podwójnych rodziców.  "Kochane mamy, już wszystko z Krzysiem omówiliśmy", powiedziała im Ewelina. Wyście wychowały nas, nasze dzieci powinniśmy wychować my. Dziękujemy za propozycję, ale musimy sobie poradzić. Wezmę rok dziekańskiego. Krzysztof studiował, Ewelina wróciła na studia rok później. I znowu młodzi rodzice dwoili się i troili, żeby podołać wszystkiemu z niewielką tylko pomocą dziadków. Wtedy jeszcze dziadkowie nie wiedzieli, że w planie było i trzecie dziecko - trzy lata po Kubie urodził się Wojtek. Miłość Eweliny i Krzysztofa była kiedyś młodzieńczym, licealnym zakochaniem, ale rosła i doroślała wraz z nimi. Może dlatego tak pięknie i z taką odpowiedzialnością umieli przyjąć swoje dzieci? Każdy, kto widzi ich razem, nie może nie dostrzec, jaką miłością otaczają dzieci i siebie nawzajem.

Jolanta Tim


JASZCZURKA

Zwykłe, ludzkie radości - spacer w słońcu przez pachnącą kwiatami łąkę. Dzieci kuzynki, przemiłe przedszkolaki, bawią się blisko mnie, ciekawe wszystkiego wokół. Takie są jeszcze niewinne - rozrzewniam się - tak niezdolne do wyrządzania zła. Nagle Kuba woła - ciociu, ciociu chodź szybko! Podchodzę, patrzę - na rozgrzanym słońcu siedzi jaszczurka. Dzieci są podniecone, a Kuba, badacz, chce ją obejrzeć z bliska. Nie łap jej, ostrzegam, bo oderwiesz ogon i będzie potem chora. Ale Kuba "musi" dotknąć i zostaje... z ogonem w ręce. Na pewno jest teraz bardzo smutny, myślę, więc zaczynam go pocieszać: nie martw się, ogon za parę dni odrośnie i jaszczurka znowu będzie zdrowa. Kuba jednak nie martwi się wcale i dalej wesoło się bawi. To tylko mnie jest smutno, pryska nastrój sierpniowego dnia. Nieczułość Kuby boli. Dwa dni później, kiedy jestem sama, Kuba podchodzi do mnie i pyta cicho - ciociu, czy jesteś pewna, że ona wyzdrowieje?

Jolanta Tim


JESZCZE RAZ O SZKOLE

W literaturze wymienia się różne środowiska mające wpływ na rozwój człowieka. Jako najważniejsze podaje się rodzinę, szkołę i grupy rówieśnicze. Ważności domu rodzinnego, jego atmosfery nie da się przecenić w rozwoju człowieka. Szkoła zajmuje również ważne miejsce w życiu każdego z uwagi na obligatoryjność i czas przebywania w niej każdego człowieka. Wpływa przede wszystkim na rozwój poznawczy jednostki, kształtuje postawy społeczne, jak i ogólne postawy życiowe.

Mówiąc o szkole mamy na uwadze przede wszystkim uczniów, nauczycieli, program nauczania, a także budynek z całym wyposażeniem. Ważną rolę w życiu szkoły odgrywają rodzice, którzy współpracują ze szkołą, w której uczą się ich dzieci, mają wiele oczekiwań pod jej adresem i kształtują opinię o niej w środowisku.

Szkołę charakteryzuje się często pod kątem ilości uczniów. Funkcjonują szkoły małe, średnie i duże, w których liczba uczniów przekracza tysiąc osób. Z punktu widzenia skutków wychowawczych najlepszymi są szkoły małe, co najwyżej średnie. W szkołach tych uczeń nie jest jednostką anonimową, jednym z wielu nazwisk lub co gorsza jednym z wielu numerów. W takich szkołach również grono nauczycieli nie jest dla uczniów grupą w większości nie znanych osób.

Rodzice, zapisując dzieci do szkoły społecznej czy prywatnej, podkreślają często fakt poniesienia trudu przede wszystkim finansowego, byle by ich dziecko, które jest bardzo wrażliwe, było traktowane indywidualnie. Podobnie myślą rodzice ze szkół państwowych.

Indywidualne podejście do ucznia ułatwia dialog między nauczycielem i uczniem, sprzyja dobrej współpracy. Podejście to pozwala nauczycielowi na poznanie umiejętności i odkrycie talentów swoich uczniów jak i opiekę nad tymi talentami. Generalnie podejście to sprzyja rozwojowi nie tylko uczniów, ale także nauczycieli. Indywidualne podejście do ucznia stwarza nauczycielowi możliwości przezwyciężenia rutyny i wygodnictwa. Świadomość zróżnicowania uczniów, poznanie na czym ich inność polega, wymaga od nauczyciela zmian w przygotowaniu do poszczególnych lekcji czy do indywidualnych spotkań z wychowankiem, a tym samym do ciągłego poszerzania swojej wiedzy.

Często niezaspokojona jest tęsknota uczniów, szczególnie starszych klas, za nauczycielem mistrzem, który byłby wzorem do naśladowania, który byłby autorytetem naukowym i moralnym, do którego z pełnym zaufaniem można się zwrócić z własnymi problemami.

W kształtowaniu postawy wobec szkoły, wobec uczenia się i nauczycieli duże znaczenie odgrywa atmosfera panująca w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Generalnie dzieci chętnie, chociaż z pewnym niepokojem, rozpoczynają naukę w szkole podstawowej. Lubią swoją panią, nie chcą pozostawać w domu, wywiązują się ze swoich obowiązków. Sytuacja zaczyna się zmieniać i to w krótkim czasie. Następuje zmiana nastawienia do szkoły, niechęć do uczenia się i to u dość dużej grupy uczniów. Przyczyny tej negatywnej w sumie zmiany są na pewno złożone i zależą od wielu czynników. Niektóre z tych przyczyn można wskazać w wymienionych już wcześniej czynnikach, a także w ograniczaniu spontanicznej aktywności i twórczości uczniów.

Oprócz przekazywania wiedzy, ważnym zadaniem szkoły jest uczenie samodzielności i odpowiedzialności. A cechy te, często przez sztywny program nauczania, pośpiech w jego realizacji, są zaniedbywane.

Możliwość realizacji własnych zainteresowań, możliwość rozwoju umiejętności ucznia sprzyja jego identyfikacji ze szkołą, przyczynia się do powstawania poczucia dumy z bycia uczniem tej właśnie szkoły. Szkoła, którą uczeń lubi, o której mówi "to jest moja szkoła", na pewno mobilizuje do większego zaangażowania w proces uczenia się.

Mówiąc o rodzicach należy uświadomić sobie fakt, że ich współpraca ze szkołą odbywa się na różnych płaszczyznach, z których najważniejszą jest wychowanie młodego człowieka. Zgodność oddziaływań wychowawczych rodziny i szkoły sprzyja harmonijnemu rozwojowi dziecka. Zgodność ta wymaga jednak często kontaktów rodzic-nauczyciel nie tylko w czasie tzw. wywiadówek. Kontakty te są konieczne, gdy małe dziecko rozpoczyna naukę w szkole, kontakty te są potrzebne, gdy młody człowiek dorasta, przeżywa wiele konfliktów i mimo pozornej niezależności oczekuje od dorosłych wsparcia.

Początek nowego roku szkolnego jest zawsze okazją dla każdego, by zastanowić się, co zrobić, aby nasze szkoły były coraz lepsze i bardziej lubiane przez uczniów.

Helena Hrapkiewicz 


SYLWIA

- Nie, proszę pani! Nie ma pani po co do niego chodzić! on panią albo wyrzuci, albo powie, że go to i tak nic nie obchodzi, a ja za tę pani wizytę mogę tylko potem dostać... Ja wiem, ludzie zmieniają się i zmieniają swoje decyzje, ale nie on, nie mój ojciec! - 14-letnia Sylwia próbuje mi wytłumaczyć, że w jej sytuacji normalne rozwiązania nie wchodzą w grę.

Do poradni zgłosiła się z polecenia nauczycielki, poważnie wątpiącej, że z Sylwii coś jeszcze może być. Ale jeśli ktoś chce się zajmować takimi przypadkami, proszę bardzo, może stanie się cud.

Sylwia myśli o sobie podobnie. Na cuda też nie liczy. Konflikt z ojcem pogłębia się.

Dla wielu osób, które oceniają jej sytuację, najbardziej winną jest sama Sylwia, która widocznie przeżywa okres dojrzewania i nie chce porozumieć się ze swoim ojcem. A on? No cóż - to człowiek skrzywdzony przez życie... Po śmierci żony został sam z dwójką dzieci. Sylwia miała wtedy 8 lat. Dzieci były małe, ale po długotrwałej chorobie swojej matki już były wtedy przyzwyczajone do samodzielności. Jakoś więc przetrwał ciężkie chwile, mimo że nikt mu nie pomagał. Pracował na zmiany - najczęściej brał "nocki", by w razie czego mieć dzieci na oku. I teraz, kiedy spodziewał się jakiegoś końca swoich problemów, okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Kiedy Sylwia zaczęła VII klasę, coś się zaczęło z nią dziać. Zaczęła wagarować, pogorszyły się oceny...

Sylwia tak samo relacjonuje mi swoją historię. Przyznaje, że ojciec ma z nią poważne trudności, że wydaje się bezradny. I przyznaje, że winna temu jest ona - to jej po prostu "odbija"... Kiedy pytam ją, jak to się stało, że kiedyś była inna, mówi, że odechciało się jej. Po co miała iść do szkoły, kiedy nie rozumiała lekcji? Nauczycielka krzyczała, gdy ktoś nie rozumiał, a na wagarach miała spokój. Zresztą nie ona sama jedna wagaruje. A w domu?

Ojca nigdy nie interesowała jej nauka. Nie mieli też zwyczaju rozmawiać o jakichkolwiek sprawach, trudnościach Ojciec miał swoje sprawy, ona swoje. I było dobrze. Tylko potem "wkurzył się" i zaczęło się wtrącanie. Kontrole, pytania gdzie była, co robiła, no i nakazy, zakazy. Zaczął ją traktować jak dzidziusia. Nie wytrzymała tego i już dwa razy uciekała z domu. Teraz też nie wytrzymuje, ale wie, że ucieczki z domu nie są rozwiązaniem. Policja ją znajdzie, doprowadzi do domu, a on ją zleje. Dlatego chciałaby dostać się do "jakiejś szkoły z internatem, ale jak to ma zrobić? On się na to nigdy nie zgodzi. Próbowała już o to prosić, ale nic z tego nie wyszło.

Rzeczywiście internat wydawał się dobrym wyjściem z tej sytuacji. Ktoś pomoże Sylwii w nauce, w jej problemach, a potem może czas pozwoli na wznowienie rozmów pomiędzy córką a ojcem. Dlatego zaproponowałam Sylwii, że pójdę do jej ojca i spróbuję z nim porozmawiać. Ale Sylwia ciągle odkładała termin spotkania tłumacząc, że jeszcze go do tego nie przygotowała, że teraz to skończyłoby się źle dla niej i dla mnie. To "przygotowywanie" trwało do czasu, kiedy dowiedziałam się, że Sylwii znów nie ma w domu.

Po jakimś czasie przyszła wiadomość, że Sylwia wakacje spędziła u babki, a obecnie zgłosiła się do internatu i marzy o pozostaniu w nim. O spotkaniu z ojcem nie chce słyszeć - on by mnie teraz zabił! - tłumaczy. A przecież trzeba mu powiedzieć, gdzie przebywa córka.

Idę więc na to odkładane tyle razy spotkanie. Ojciec Sylwii zaprasza mnie do pokoju. Próbuję przedstawić mu cel mojej wizyty:

- Pan wie, że przychodzę tu w sprawie córki - zaczynam, ale on mi od razu przerywa:

- Tak, tak, wszyscy tu ostatnio przychodzą w sprawie córki.

- Więc pan wie, gdzie córka przebywa'?

- Nie - odpowiada z nutą ironii w głosie. - Ja nic nie wiem.

Widzę, że teraz jest już wyraźnie wzburzony, ale mam jeszcze nadzieję na spokojną rozmowę i jakieś ustalenia.

- Czy pan chce wiedzieć coś o córce?

- Czy chcę? - pyta znów z ironią - niech pani mówi.

Już wiem, że nie potrafi spokojnie rozmawiać o Sylwii. Ale i tak dobrze, że jeszcze może słuchać. Zaczynam więc wyjaśniać:

- Córka przebywa w tym internacie, o którym podobno kiedyś rozmawialiście.  Chce chodzić do szkoły, uczyć się, twierdzi, że zmieni się, jeśli

tylko będzie mogła tam pozostać. Co pan na to? - Chwila milczenia. Mój rozmówca zapala papierosa i wpatruje się w niego.

- Ja na to nic! Mnie to nic nie obchodzi!

Ta odpowiedź zaskakuje mnie, choć przecież spodziewałam się trudnej rozmowy. Tym razem ja jestem nieco wzburzona:

- Proszę  pana,  jeśli  tak  jest  faktycznie, nie będę pana przekonywać do zmiany swojej  postawy. Chciałabym, aby pan zechciał jakoś wyjaśnić swoją

decyzje, ponieważ od tego może zależeć przyszłość Sylwii. Przecież nie stała się panu całkiem obca i tyle pan jeszcze  chyba może  dla  niej  zrobić.

Wydaje mi się, że jest pan urażony moją obecnością.

- Tak! Jestem urażony! Nigdy dotąd nie byłem tak upokorzony! I to wszystko przez nią! Ciągle mnie ktoś nachodzi, a przecież starałem się o wszystko, tyrałem jak wół, a ona i tak robiła, i robi, co chce. A chce źle!

- Jak pan to rozumie?

- Podam pani przykład: wracam niespodziewanie do domu, a tu "impreza" - alkohol, papierosy... Musiałem "to" powyrzucać! A to jest coś, co ona kocha! Ona lubi takie towarzystwo i to cała prawda! ... A te jej ucieczki: dokąd uciekała?, gdzie przebywała? Właśnie w takim towarzystwie.

- Ale teraz nie wybrała "tego towarzystwa", tylko internat (o dość rygorystycznym regulaminie), szkołę - czy nie świadczy to o jej dobrej woli?

- Wcześniej czy później ucieknie i stamtąd, i wróci tam, gdzie jej dobrze.

- Zostawmy to czasowi - proponuję pojednawczo.  

- Czy chce pan, aby Sylwii się udało?

- Oczywiście, ale wątpię.

- Więc zechce jej   pan dać szansę?

- Jaką szansę?

- Wyrazi pan zgodę na pobyt Sylwii w internacie?

- A po co?

- W świetle prawa jest pan odpowiedzialny za nią i ma pan prawo decydować.

- Ale nie chcę.

- Kto więc ma podpisać zgodę na pobyt Sylwii w internacie?

- Niech podpisze jej babka, skoro trzymała ją u siebie całe wakacje.

- Babka jest jej opiekunem?

- Nie.

- A więc jej podpis nic nie da.

- Trudno, skończyłem z ojcostwem dla niej. Mam jeszcze jedno dziecko i to mi wystarczy.

- Pan jest jej ojcem i ona pana potrzebuje. Gdzie ma wracać, jeśli pan ją odrzuci'? Czy pan pozwoli jej na powrót?

- Nie!

Chwila milczenia.

- Jest pan wierzący?

- Tak, wierzący, ale niepraktykujący.

- Więc może kiedyś jej pan wybaczy?

- Dlaczego?

We mnie rodzi się następne pytanie: w jaki sposób pomóc ojcu Sylwii?

Barbara Kołodziej


Bajeczka ortograficzna

HISTORIA O ŁAKOMEJ MUSZE

Mucha Hanka była ogromnym łakomczuchem. Najbardziej, jak każdy szanujący się łasuch, lubiła słodycze. Jej słaby charakter ujawniał się zwłaszcza wtedy, gdy zobaczyła tort orzechowy, chałwę lub czekoladowe cukierki. Dzisiaj jednak nie miała szczęścia. Fruwała i tu, i tam, zaglądała do najmniejszej szpary. I nic. Nigdzie nie było widać łakoci, nawet najdrobniejszej okruszynki. Mucha Hanka bzyczała smętnie, niemrawo poruszała skrzydełkami. Była w bardzo złym nastroju. Bez nadziei na poprawę humoru wleciała przez uchylone okno do kuchni. Jej wzrok zatrzymał się na stole przykrytym jasnozielonym obrusem w żółte grochy. Stał na nim talerzyk z herbatnikami posypanymi cukrem. Nie był to ulubiony deser muchy, ale przecież w tym pechowym dniu nie mogła przegapić takiej okazji. Wszak od rana bezskutecznie szukała słodyczy. Cichuteńko, bez hałasu podleciała Hanka do stołu. Hop! Już była na herbatnikach i z radosnymi błyskami w oczach oraz z błogim uśmiechem na buzi zaczęła się opychać ciastkami.

Danuta Krzyżyk


Historia nadawania imion i nazwisk na ziemiach polskich

Kiedy imiona przestały wystarczać do identyfikacji różnych członków danej społeczności i konieczne stało się wprowadzenie nazwy osobowej, która dopełniałaby imię, określała właściciela imienia. Funkcję tę zaczęły pełnić właśnie nazwiska.

Najstarsze imiona, które występują w języku polskim, to tak zwane słowiańskie imiona dwuczłonowe. Zostały odziedziczone przez języki słowiańskie z języka praindoeuropejskiego. Te imiona ukształtowały się z wcześniejszych jeszcze imion zdaniowych, z których większość była nacechowana pozytywnie i wyrażała życzenie rodziców względem dziecka. Dzisiaj tylko niewielka część tych dwuczłonowych imion jest w powszechnym użyciu. Przykładem mogą tu być imiona: Bogdan (dany od Boga), Bolesław (ten, który ma ściągnąć większą sławę), Bożydar (dar od Boga), Bronisław (ten, który ma bronić sławy), Czcibor (ten, który czci walkę), Czesław (ten, który czci sławę), Dobiesław (sławny z dzielności), Jarosław (sławny z surowości), Wojciech (dający pociechę wojownik), Zbigniew (wyzbyty gniewu). Do grupy najstarszych imion staropolskich należą także imiona jednoczłonowe równe lub utworzone od nazw pospolitych, np. Broda, Żyła, Brzuchaty, Wałkuń, Rak, Kopyto, Jawor, Łyko, Grot, Krupa, Tusza. Z czasem utraciły one swoją pierwotną funkcje imienia i przekształciły się w nazwiska, które są w powszechnym użyciu do dzisiaj.

Wraz z przyjęciem chrześcijaństwa w 966 roku zaczynają pojawiać się w Polsce imiona chrześcijańskie, pochodzące z różnych kręgów kulturowych i z różnych jeżyków. Najpierw zostały wiec przez polszczyznę przyswojone hebrajskie imiona starotestamentowe (np. Adam, Ewa, Michał, Rafał, Zuzanna), a także imiona wywodzące się z Nowego Testamentu i wywodzące się z języków: hebrajskiego (np. Anna, Elżbieta, Jakub, Jan, Maciej, Mateusz, Szymon), aramejskiego (np. Magdalena, Marta, Bartłomiej, Tadeusz, Tomasz), greckiego (Andrzej, Piotr, Filip, Tymoteusz), łacińskiego (Marek, Paweł), następnie imiona świętych z okresu starochrześcijańskiego (Sebastian, Feliks, Sylwester, Wiktor, Marcin, Krzysztof, Jerzy), a dalej także imiona świętych, pochodzących ze średniowiecza europejskiego (np. Klara, Benedykt, Dominik, Franciszek). Nie bez znaczenia dla życia imion były również kontakty Polski (kulturalne, handlowe, religijne, polityczne) z innymi krajami. Związkom tym zawdzięczamy istnienie w polskim kalendarzu między innymi imion pochodzenia germańskiego, np. Oskar, Edward, Henryk, Konrad, Robert, Jadwiga, Gertruda czy też litewskiego, np. Aldona, Danuta, Olgierd, Witold.

Od XVI do XX wieku do Polski napłynęło szereg imion pochodzenia greckiego, łacińskiego, germańskiego, francuskiego, włoskiego, angielskiego, a nawet arabskiego lub perskiego. Trudno jest dzisiaj umotywować ich pojawienie się w języku polskim, najczęściej był to wynik określonej mody. Źródłem, które również w sposób znaczny wzbogaciło zasób występujących w Polsce imion, jest literatura. To za jej pośrednictwem zostało spopularyzowanych szereg imion obcego pochodzenia (np. Alfred, Ludwik, Artur, Ewelina, Aniela), zostały przypomniane dawne imiona słowiańskie (np. Jaromir, Władysław, Zdzisław), a także stworzone imiona nowe, tzw. literackie (np. Balladyna, Fantazy, Grażyna).

Znacznie krótsza jest historia polskich nazwisk. Pierwsze nazwiska pojawiły się w Polsce stosunkowo wcześnie, bo już w XII wieku. Przyjmowali je najpierw mieszkańcy dużych, leżących na szlakach handlowych miast: Krakowa, Wrocławia, Gdańska; potem także mieszkańcy innych ośrodków miejskich. Do wieku XIV nazwiska były w Polsce powszechnie używane tylko przez mieszczan. Sporadycznie, np. w Wielkopolsce, nazwiska nosili już w XIII wieku przedstawiciele szlachty. Proces przyjmowania nazwisk przez polską szlachtę rozpoczął się tak naprawdę dopiero w XIV wieku i trwał przez wiek XV aż do wieku XVI. Pod względem formalnym nazwiska szlacheckie były przymiotnikami u-tworzonymi od nazw miejscowości, których dani szlachcice byli właścicielami. Były to więc nazwiska zakończone na -ski, -cki. Pierwotnie, do końca wieku XVI, były to nazwiska tylko szlacheckie. Służyły one identyfikacji osoby, określały jej pozycję w hierarchii społecznej, wskazywały na jej szlacheckie pochodzenie. Jednak już w wieku XVII nastała moda na tego typu nazwiska. Zaczęli przybierać je ludzie z innych stanów dla dodania sobie powagi, zyskania prestiżu; cudzoziemcy, chcący podkreślić w ten sposób swoją polonizację, a także, często w wyniku nobilitacji, pisarze. Wszystko to sprawiło, że nazwiska zakończone na -ski, -cki utraciły swoją szlacheckość. Najpóźniej, bo od końca wieku XVII aż do wieku XIX, nazwiska przyjmowali chłopi. Czynili to pod wpływem nakazów administracyjnych, później zmuszani przez władze państw zaborczych.

Pochodzenie polskich nazwisk jest różne. Można wśród nich wyodrębnić nazwiska pochodzące od nazw cech (np.: Wrona, Chmiel, Szydło, Zgaga, Mały, Szczodry, Mąka, Kropidlak, Lipowiec, Chrypla, Wąsowicz, Cichoń), od nazw godności i zawodów (np.: Starosta, Król, Krawiec, Kościelny, Kowalczyk, Starościak), od imion (np.: Wiktor, Sławek, Domorad, Lenart, Klemensiewicz, Markowiak), od nazw etnicznych (Polak, Szwed, Mazur, Szwedkowiak, Morawiec), od nazw miejscowych (np.: Dąbrowa, Zalesiak, Górecka), nazwiska odojcowskie, czyli patronimiczne (np.: Janik - syn Jana, Lenartowicz - syn Lenarta), a także nazwiska obce (np.: Faber, Sznajder, Grigoriew, Szajnocha, Ożys, Bachleda).

Dzisiaj bardzo trudno jest niekiedy określić pochodzenie, jak również znaczenie danego nazwiska. Wiąże się to między innymi z tym, że nasz język jest żywy, ciągle rozwija się (procesy i zmiany słowotwórcze, fonetyczne). Również zmianom ulega rzeczywistość wokół nas. Pewne przedmioty i ich funkcje przestają istnieć, w zapomnienie idą ich nazwy. Jednak, dawne wyrazy są zastępowane innymi, nowszymi. Nie bez znaczenia jest również wpływ na język ogólnopolski gwary i języków obcych.

Współcześnie imię połączone z nazwiskiem jest określeniem człowieka, służy do jego identyfikacji. Jednak nieco inna jest obecnie rola imienia i nazwiska. Imię zachowuje bowiem pewien charakter osobisty, rodzinny, prywatny. Posługujemy się tylko imieniem w rodzinie i najbliższym środowisku, a więc w takich zbiorowościach, w których wszyscy się znają bądź bezpośrednio, bądź ze słyszenia, w których poszczególne osoby nie są anonimowe. Nazwisko natomiast pełni funkcję społeczną, nacechowane jest oficjalnością. Stanowi, w przeciwieństwie do imienia, które nadawane jest każdorazowo, dziedziczne określenie człowieka, które przechodzi z ojca na dziecko, z męża na żonę. W sytuacjach mniej oficjalnych możemy posługiwać się: przedstawiać się, podpisywać tylko imieniem, w sytuacjach oficjalnych, służbowych - imieniem i nazwiskiem. Nazwisko może poprzedzać imię tylko w urzędowych spisach, listach ze względu na konieczność zachowania układu alfabetycznego, porządku. W każdym innym przypadku młodsze nazwisko powinno ustępować miejsca znacznie starszemu od niego imieniu.

Danuta Krzyżyk


POWIERNIK NASTOLATKÓW

BYŁAM Z MAMĄ NA KONGRESIE

Wraz z mamą byłam w dniach 14-17 kwietnia na XVIII Międzynarodowym Kongresie Rodziny. Mówiąc szczerze jechałam tam głównie dlatego, że było to w stolicy, której jeszcze nie widziałam. Myślałam, że mama będzie siedziała na wykładach, a ja będę zwiedzać.

Jednak już samo otwarcie kongresu zrobiło na mnie duże wrażenie. Tylu ludzi z różnych krajów i kontynentów, a prawie wszyscy z poważnymi tytułami naukowymi, duża liczba młodzieży, a nawet dzieci. Po prostu mnie to zaszokowało. Niemowlęta spoczywające w objęciach mamuś odzywały się najczęściej wtedy, gdy na sali była cisza lub gdy mówiono o pozornym przeludnieniu świata czy o aborcji. To było niemal symboliczne. Sprawiało wrażenie, jakby ci najmłodsi uczestnicy doskonale wiedzieli, o co chodzi i gaworzeniem wyrażali swoją aprobatę.

Byli tam uczeni zajmujący się problemami rodziny z całego świata: Amerykanie, Niemcy, Chińczycy, Francuzi, Rosjanie, Belgowie, Węgrzy itd.

Najwspanialsze były dni drugi i czwarty. Nie sposób pisać o wszystkim. Wrażeń bardzo dużo. Gdy o tym myślę, mam mętlik w głowie.

Najbardziej podobało mi się wystąpienie Paula Lauera z USA. Opowiadał dużo o sobie, o tym, że zanim przeszedł duchową przemianę zakosztował wszystkiego. Zaliczał kolejne dziewczyny, używał narkotyków, a nawet był aresztowany za napady rabunkowe. Mówił też o tym, co w USA robi się dzieciom nie narodzonym, o tym, jak się je ćwiartuje żywcem, zanim opuszczą łono matki. W pewnym momencie myślałam, że nie wytrzymam i zacznę głośno krzyczeć.

Na zakończenie swego wystąpienia wezwał wszystkich nie żonatych (tych, którzy jeszcze nie współżyli i tych, którzy już to kiedyś zrobili) do złożenia ślubu czystości przedmałżeńskiej. To było coś niesamowitego. Wstałam prawie natychmiast, spontanicznie, nie zastanawiając się. Z pewnym przestrachem zauważyłam, że nie ma nas zbyt wiele.

No nic - pomyślałam - wychyliłam się. Nic to, nie mam zamiaru zrezygnować.

I nagle patrzę, że wstają osoby z mojej prawej i lewej strony, że stoi nas coraz więcej, prawie połowa sali. O Boże, co za radość! Wzruszenie tłumiło głos, ściskało w gardle, gdy powtarzałam za tłumaczką słowa ślubowania. Dziś nie potrafiłabym ich nawet powtórzyć, nie pamiętam czy był to tekst długi, czy krótki, ale wiem, czego dotyczył i to jest najważniejsze.

Tam zrozumiałam, że jeśli się współżyje przed ślubem, to pozostaje poczucie winy w stosunku do swojego przyszłego męża. Można kogoś zdradzić, zanim się go pozna i poślubi.

Ja chodzę do (prawie) żeńskiej klasy (dwa męskie wyjątki). Dziewczyny opowiadają mi, co robią ze swoimi chłopcami, i nie zdają sobie sprawy z tego, co naprawdę zrobiły! Mam nieraz ochotę krzyczeć, żeby je ostrzec, żeby tego nie robiły, bo będą pokutować przez całe życie. Ale milknę, bo wiem, że krzykiem nic się nie osiągnie.

Druga sprawa, która mnie poruszyła było to, że Amerykanie, którzy są dla nas pewnego rodzaju wzorem podziwiali nas, dziękowali nam za Papieża, za naszą wiarę, za strzeżenie rodziny. Ostrzegali, żebyśmy nie zrobili tego samego błędu, co oni. Oni nas prosili, byśmy pomogli im w ratowaniu i w tworzeniu cywilizacji miłości. To byli nie tylko katolicy, ale także protestanci i Żydzi.

I zrozumiałam, że miłość można ocalić tylko w rodzinach. A kiedyś i ja będę miała swoją rodzinę (mam nadzieję). A więc przesłanie było skierowane do mnie i do wszystkich moich rówieśników. Tworzymy cywilizację miłości! Najlepiej od razu.

Karina Krakowczyk


INNA

- Nie lubisz się bawić, tańczyć? Obserwuję ciebie już od godziny - Michał pochyla twarz do mojej dłoni.

- Zostaw. Tutaj jest mdło. Snujące się po budynku chochoły. Pijane chochoły!

- Założyliśmy przecież pełen luz na początku.

- Na luzie można trafić do kryminału.

Ja przyjechałam na obóz językowy. A co się wyprawia? Wódka, dyskoteki.

- A ty jesteś taka świętoszkowata?

- Taka, przeszkadza wam wszystkim, co?

- Nie, bawisz mnie.

- Życzę wesołej zabawy ...

Odchodzę w stronę  jeziora. Chłopak biegnie za mną.

- Jak masz na imię?

- Ewa. A ty?

- Michał. Cześć!

- Cześć!

- Dlaczego biegniesz za taką?

- Bo mnie interesuje.

- Tracisz czas. Tam się dobrze bawią, a jutro będą długo leczyć kaca, nie żal ci?

- Powiedziałem  już. Interesuje mnie taka, a nie inna. Naprawdę zależy ci na ćwiczeniu języka?

- Naprawdę.

- Po co?

- Mam swoje plany, a poza tym moi rodzice zapłacili za to.

- Ech, starzy są po to, żeby płacić.

Idziemy szybko w stronę lasu. Michał mnie drażni, ale jednocześnie potrzebne mi jest czyjeś towarzystwo.

- Lubisz chodzić do lasu wieczorem?

- Nie lubię w ogóle chodzić wieczorem, ale siedzieć tam i słuchać tego hałasu...

- Ewo, jakie są twoje plany?

- Chcę studiować za granicą ekonomię.

- Lalala!

- Dziwi cię to?

- Ile masz lat?

- Grasz spowiednika?

- Nie, tak pytam, bo ja 19.

- Załóżmy, że jestem odrobinę młodsza od ciebie...

- Nie powiesz?

- Co to ma za znaczenie?

- A o planach powiedziałaś.

- To dlatego, że jeżeli za dwa dni zniknę z obozu, chcę, żeby ktoś wiedział dlaczego.

- Czemu nie powiesz o tym głośno i wprost kierownikowi?

- Nie widziałam go jeszcze trzeźwego.

- Ewo!

- Tak!

- Liczysz się ze swoimi starymi?

- Naturalnie, kocham ich.

- Co?

- Dlaczego się dziwisz?

- Bo  ja  nie  mogę tego powiedzieć. Odkąd pamiętam, byłem podrzutkiem, kukułcze jajo, rozumiesz? Jedna babcia, druga, a oni wyjazdy służbowe na okrągło.

- Może tak się układało. Nie próbowałeś ich zrozumieć?

- To w "moim" domu nie istnieje. "Masz", synu, pieniądze i łap swoje życie za uzdę.

- Dlaczego tu przyjechałeś?

- No, może dobry duch mnie przysłał, żeby spotkać ciebie. Zgodzisz się, żebyśmy razem ćwiczyli ten modny angielski?

- Czemu idziemy tak szybko?

- Nie czuję tego. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

- A będziesz pił?

- Teraz ty nie odpowiadasz?

- Zastanawiam się. Moglibyśmy tu coś zrobić.

- Na przykład ...

- Na przykład jutro rano oświadczyć kierownikowi obozu, że nam się to nie podoba, że prosimy o trochę rygoru, że to nie fair, przecież ...

- Myślę o tym już od dwóch dni, ale się bałam, że będziecie przeciw mnie.

- Jedno ziarnko piasku też coś znaczy, a jak wpadnie w oko może przysporzyć kłopotów.

- Tak myślisz ?

- Tak myślę. Wracajmy.

- Ile dziś wypiłeś?

- Dwa piwa.

- Michał, a to co mówiłeś o swojej rodzinie, to blef?

- Nie, ciągle jestem u babci.

- Nie chcesz nic zmienić?

- Po co? Jest mi nieźle. Studiuję ekonomię w kraju.

Gdy znaleźliśmy się na terenie obozu, dochodziła 24.00. Zabawa trwała nadal. Gdzieniegdzie pod drzewami leżeli pijani nasi koledzy i koleżanki też. Michał spojrzał na mnie z niepokojem.

- Ładny pejzaż, co?

- Żal mi drzew - patrzyłam w niebo, noc była parna. Gwiazdy zdawały się mrugać do mnie.

- Wiesz, Ewka, po co czekać do jutra, chodźmy do Tomka teraz. Powiemy, o co nam idzie.

Na szczęście kierownik obozu, a nie wiem czy starszy od Michała, był dość przytomny. Powiedzieliśmy wszystko - co nam się nie podoba, czego oczekujemy itd., itd. Mówiłam tak dużo, że Michał nie mógł dojść do głosu. Nazajutrz zaczęło się inne życie, chociaż obozowe.

- Podobają mi się inne dziewczyny - Michał przytulił mnie.

Ewa


W CZASIE PODRÓŻY DZIECI SIĘ NUDZĄ

Dr Dorota Kornas - Biela

Większość współczesnych rodzin narzeka na brak czasu dla dzieci. Jednak to nie brak czasu, ale nieumiejętność jego wykorzystania doskwiera najbardziej. Oto przykłady:

Rodzice wracają z 13-letnim chłopcem z wakacji. W czasie trzygodzinnej podróży siedzą w milczeniu obok siebie, wymieniają jedynie zdawkowe uwagi, obserwują pasażerów. Pan podróżuje z zamkniętymi oczyma, ale nie śpi. Często wychodzi na papierosa. Pani rozwiązuje krzyżówki i co kilka minut namawia syna, aby się przespał. Syn, na każde: "a może byś się przespał", reaguje odmową. Na jego twarzy maluje się znużenie.

Ojciec czyta gazetę sportową, a mama jest niezwykle zajęta składaniem propozycji konsumpcyjnych swej kilkuletniej córeczce. Mała karmiona jest kanapkami, pieczonym udkiem, ciastkami, galaretkami, a potem jeszcze chipsy, paluszki, cukierki itp., itd. Podróż wydaje się być dość kosztowna.

Żywa jak srebro dziewczynka miota się po przedziale, rodzice zaś zdobywają się na jedno - na przemian przez kilka godzin poskramiają jej ruchliwość upomnieniami, pogróżkami, małymi klapsami.

Matka na początku podróży wyciąga sporą liczbę pism dla kobiet, obdziela nimi 9-letniego syna i 14-letnią córkę, po czym wszyscy czytają z takim zapałem, że zapomnieli wysiąść na odpowiedniej stacji.

Kilka godzin jazdy pociągiem wraz z dzieckiem to świetna okazja do pobycia ze sobą. Można wtedy pograć z dzieckiem w jakieś gry; rozwiązywać z nim łamigłówki, krzyżówki, rebusy, rozwiązywać zagadki. Można też nauczyć go wierszy lub tekstów piosenek, opowiadać bajki lub coś ciekawego z geografii czy historii, jeżeli podróż zaplanujemy.

Wspólna podróż to również czas na rozmowę z dzieckiem, bo nikt się nie śpieszy. Rodzice winni dać dziecku przykład, jak można twórczo, ciekawie i radośnie spędzić czas podróżowania. I nie idzie tu o to, aby cały czas coś robić. Można przecież modlić się po cichu. Ważne, by dziecko uczestniczyło w tym na swój sposób. Może wtedy zrozumie, że czas jest wartością i ono jest odpowiedzialne za to, jak go wykorzysta. Może nauczy się go dobrze zaplanować. Być może przestanie "odprawiać nabożeństwa do telewizora" i ganiać za piłką cały dzień. Jeśli potrafimy rozbudzić w nim jakieś zainteresowania, z pewnością poświęci im każdą wolną chwilę.

Dorota Kornas-Biela


CZY SKAZANI?

Niedawno oglądaliśmy w telewizji wstrząsający film dokumentalny Jerzego Śladkowskiego "Trójkąt śmierci". W pewnym stopniu dopełnieniem tego obrazu jest wydana z inicjatywy Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej Sejmiku Samorządowego woj. katowickiego, a osobiście jej Przewodniczącej - książka pt. "Czy środowisko województwa katowickiego wywiera ujemny wpływ na stan zdrowia ludności". Pisali ją specjaliści zajmujący się środowiskiem i naszym zdrowiem. Jest to lektura niełatwa, jak niełatwe jest poznanie przykrej prawdy.

Autorzy zrobili wiele, żeby dotrzeć do mało przygotowanego czytelnika, niefachowca, żeby bariery naukowości i specjalizacji nie były przeszkodą w czytaniu. Poszczególne zagadnienia opracowane są krótko i zwięźle, wzbogacone mapami, wykresami i tabelami, które unaoczniają wyniki badań i obserwacji, pozwalają je porównać, zorientować się w stanie środowiska i występowaniu chorób w badanych miastach województwa i na tle danych krajowych (często światowych).

O zanieczyszczeniu górnośląskiego środowiska pisano i mówiono już niejednokrotnie, lecz wyrywkowo i w różnych miejscach. Toteż nasza wiedza jest niepełna i pozostaje bez konkluzji.

Tu nie tylko zgromadzono dostępny materiał badawczy z dziedziny ekologii i medycyny, lecz także sformułowano wnioski, które powinny zostać jak najszybciej spożytkowane przez władze lokalne, a także przez nas, mieszkańców zatrutej ziemi.

Jest w książce rozdział, w którym po raz pierwszy udowodniono wpływ zanieczyszczeń powietrza na umieralność mieszkańców. Czuwający nad całością merytoryczną prof. Jerzy Zieliński pisze w Przedmowie: "Nie oczekując uzyskania pełnego (...) obrazu, przedstawiamy w dużym skrócie mozaikę opracowań, wykonanych bez żadnej tendencji, w dążeniu do jak najdalej idącego obiektywizmu. Może dadzą zarówno władzy lokalnej, samorządom, jak i mieszkańcom województwa katowickiego, świadomie kształtującym swój los, impulsy do racjonalnego działania."

Intencja opracowania takiej publikacji, jej poważny, odpowiedzialny charakter budzą najwyższy szacunek. Zaskakuje jedynie ostrożność, z jaką postawiono tytułowe pytanie, bo chyba każdy z nas odczuwa na codzień plagi dotykające środowisko, choćby tylko wtedy, gdy ze spaceru, który miał być relaksem, wraca znużony, zakurzony, z przykrym smakiem w ustach, wlokąc się na osłabionych nogach.

Autorzy uświadamiają nas, że poza pyłem, bardzo szkodliwym dla zdrowia, powietrze którym oddychamy pełne jest niepożądanych substancji chemicznych: tlenków azotu, fluoru, fenolu, formaldehydu, amoniaku, ołowiu, kadmu itd. Stężenie tych substancji alarmująco przekracza dopuszczalne normy. Wśród zanieczyszczeń zidentyfikowano związki mutagenne, czyli takie które powodują dziedziczne uszkodzenia materiału genetycznego, a także rakotwórcze. Woda, którą spożywamy, przeważnie pochodzenia powierzchniowego nie spełnia wymaganych kryteriów czystości. Zawarte w niej związki chemiczne i zanieczyszczenia organiczne tylko minimalnie są eliminowane. Niezbędna dezynfekcja przez chlorowanie prowadzi do powstania substancji chloroorganicznych szkodliwych dla zdrowia. Wśród nich są związki mutagenne i rakotwórcze. Gleba województwa katowickiego jest zanieczyszczona metalami ciężkimi w stopniu przekraczającym dopuszczalne normy: do 164 razy - ołów, 48 razy - kadm, 66 razy - cynk.

To tylko przykłady. Trzeba zapoznać się z wynikami badań katowickiego oddziału Instytutu Ochrony Środowiska i Ośrodka Badań i Kontroli Środowiska, by się dowiedzieć, które obszary w jakim stopniu są skażone, jaka jest lokalizacja terenów rolniczych wybitnie niekorzystnych dla upraw, a na których jeszcze dopuszcza się uprawę warzyw.

W części poświęconej zachorowalności, znamiennej dla województwa katowickiego, znajdujemy analizę stanu zdrowia dzieci i młodzieży, oparte na badaniach poglądy dotyczące szkodliwości ołowiu, omówienie chorób nowotworowych i alergicznych, chorób układu oddechowego i pokarmowego, także chorób zawodowych.

Niecelowe i niemożliwe byłoby streszczenie w tym krótkim omówieniu całej zawartości książki, ponadto ważne są szczegóły. Powinna ona stać się lekturą obowiązkową przede wszystkim władz lokalnych, ale dobrze by było, gdyby także mieszkańcy tego "trójkąta śmierci" uświadomili sobie zagrożenia, bo może choć w części udałoby się poratować własne zdrowie ograniczając sprzężenie szkodliwych czynników. Są bowiem wśród nich i takie, które zależą od nas samych. Dieta, papierosy, alkohol, narkotyki - poświęcono im kilka rozdziałów.

W dokumentacji statystycznej znajdujemy liczbę, której wymowy moralnej nie sposób ominąć. Prowadzone wśród alkoholików badania wykazują, że w 81% motywem picia jest bezdomność, samotność, odtrącenie przez najbliższych jako "nieudacznika", człowieka trudnego we współżyciu i uzależnionego - bez nadziei na wyleczenie i powrót do "normalnego życia". Zastanówmy się, czy za tą przerażającą liczbą nie kryje się także nasza nietolerancja, brak odpowiedzialności.

Wanda Wieczorek


Czytelnicy piszą

Czy możemy być obojętni?

Chodząc ulicami miasta widzę wszystko - bogactwo, dobrobyt, a jednocześnie nędzę, biedę - dwa odmienne światy.

Chciałabym napisać o tym drugim świecie - o tych, o których niejednokrotnie nikt nie pamięta, którzy powoli sami skazują się (bądź zostali skazani) na wegetację.

Pamiętam, kiedyś podszedł do mnie chłopak - wynędzniały, brudny i ... zaczął opowiadać "swoją" historię. Ćpał od 14 lat, a teraz jest chory na AIDS.

Wstyd się przyznać, ale odruchowo zaprzeczyłam, że nie mam pieniędzy (chciał na chleb). Wiem, że to żadne usprawiedliwienie, ale słowa "odruchowo" użyłam świadomie z tego powodu, że w momencie kiedy zaczepia cię któryś z kolei...

Zastanawiałam się później, czy nawet jeśli nie prosiłby o pieniądze na chleb, a na kolejną dawkę - czy to ma w takim stadium choroby znaczenie? Skąd mogę wiedzieć, że kupi chleb, a nie będzie ćpał, z drugiej strony - co za różnica jedna dawka w tę, czy w tę ... Nie spotkałam go już więcej.

Ulica Staromiejska i Jacek (ten od bezdomnych), zbierający dla nich na Wielkanoc, a kilka miesiący później na Wigilię. Dostałam broszurkę "W kontakcie z rzeczywistością" - straszne!

Jeszcze inny dzień, inna ulica, inni ludzie: Rumunka, Jugosłowianka z maleńkim dzieckiem, siedząca na brudnych łachmanach. Serce zdaje się nie bić przez moment, w oczach kręcą się łzy. Wszystkie te przykłady są zaprzeczeniem dobrobytu czy choćby normalnego życia i najgorsze jest to, że można by je mnożyć bez końca.

Nie sposób - to prawda - objąć wszystkiego, ale jeszcze gorzej udawać, że się nie widzi i nie robić nic! Dlatego chwała wszystkim, którzy chcą coś zmienić.

I jeszcze jedno - nie sądzę, że gdy nas samych bezpośrednio dotyka nieszczęście nie zmieniamy się... Każdy z nas się wtedy zmienia - każdy potrzebuje ciepła, miłości, obecności drugiego człowieka, nawet jeśli to tylko anginka, czy skaleczony palec. Więc o czym mówić, jeśli to coś jest po stokroć gorsze, coś co prowadzi do śmierci? Wówczas te potrzeby wzmagają się jeszcze bardziej.

Niejeden może powiedzieć, że są tacy, którzy sami wybrali (jak ten chłopak być może, o którym wcześniej pisałam) drogę ku nieszczęściu. Zgadzam się, ale nie należy zapominać o jednym - o tym, że od czegoś się to musiało zacząć. Wśród nas są ci słabsi i ci mocniejsi, ale nikt z nas nie wie, kiedy może ulec słabości.

Magdalena


Moją jedyną córkę kochałam zawsze bezgranicznie. Chciałam zapewnić jej wygodne życie, starałam się sprostać wszystkim obowiązkom, od niej nie wymagałam prawie niczego. Cieszyłam się, bo w szkole podstawowej uczyła się nieźle, była cicha i małomówna, jednak zawsze potrafiła postawić na swoim. W wieku 14 lat przestała chodzić na religię i niedzielne Msze św. Upomnienia nie pomagały, kiedyś powiedziała mi: "Przecież ty i tato też nie chodziliście do kościoła w niedzielę, zawsze wysyłaliście tylko mnie." Nie miałam nic na swoją obronę, Kasia poczuła się usprawiedliwiona, do kościoła więcej nie poszła. Do nauki specjalnie się nie przykładała, skończyła tylko szkołę zawodową, chociaż stać ją było na więcej. Niespodziewana śmierć męża była dla mnie ogromnym ciosem. Kasia miała już swoje mieszkanie, do mnie przychodziła tylko na obiady, resztę czasu spędzała ze swoim chłopakiem. Ten związek trwa już pięć lat. Związek, piszę, bo razem mieszkają i o ile wiem, nie myślą o ślubie, chociaż nic nie stoi na przeszkodzie. Ostatnio próbowałam rozmawiać na ten temat z córką, przyznała się, że już trzy razy usuwała ciążę. Próbowałam jej wytłumaczyć, że tak nie można, przestrzegałam, że w konsekwencji może już więcej nie urodzić dziecka. Powiedziała mi, że jestem staroświecka i nie rozumiem jej. Czuję się zupełnie bezradna, do Kasi nie trafiają żadne argumenty. Mimo że skończyła już dwadzieścia lat i czuje się dorosła, dla mnie jest dzieckiem, za które wciąż czuję się odpowiedzialna i świadoma zaniedbań wychowawczych, które teraz ze zdwojoną siłą dały znać o sobie. Szukam pomocy i wsparcia, bo zupełnie nie wiem, co robić?

Elżbieta

 

Droga Elu!

Są w życiu takie sytuacje, których po ludzku sądząc nie da się rozwiązać - a jednak?

Sytuacja opisana przez ciebie wydaje sią być taką właśnie - przeszłości bowiem nie da się zmienić. Kasia, Twoja córka, jest już osobą dorosłą, niezależną, mieszkającą w swoim własnym mieszkaniu, która po prostu nie liczy się z Twoim zdaniem. Cóż więc masz robić?

Przede wszystkim potrzebne Ci jest głębokie zastanowienie nad sobą, refleksja nad swoim dotychczasowym życiem. Może właśnie ono w pierwszej kolejności wymaga zmiany, Gdy Kasia zobaczy zmianę w Twoim życiu, zapragnie zmienić swoje.

A więc zastanów się, jaki jest Twój stosunek do Boga? Czy zarzut, który kiedyś usłyszałaś od córki, co do Twojej obecności na mszy świętej jest nadal aktualny? A może zamiast upominać córkę, kierować przestrogi pod jej adresem, powinnaś więcej czasu poświęcić na modlitwę zarówno dziękczynną za życie, jak i błagalną o zrozumienie przez Kasię problemu dobra i zła.

Piszesz - "moją jedyną córkę kochałam zawsze bezgranicznie" - a czy teraz już jej nie kochasz? A może właśnie teraz, mimo pozornego odejścia i samodzielności Twoja córka potrzebuje matczynej miłości'?

Ważną rzeczą jest więc, by Twój dom był dla niej i dla jej przyszłej rodziny otwarty. Niech Kasia wie, że w tym domu, w każdej chwili znajdzie pomoc i oparcie, że tu może zawsze wrócić. Jest to tym istotniejsze, że pozostałyście same, zmarł Twój mąż, a Kasi ojciec. Pamiętaj o jej uroczystościach, a wśród prezentów niech nie zabraknie wartościowej książki, której treść, zamiast Twoich słów, upomnień. pomoże jej znaleźć właściwą drogę życia.

Nic nie piszesz o swojej sytuacji zawodowej: czy pracujesz, czy jesteś już na emeryturze? Praca dla ciebie samej nie wypełni Ci całego wolnego czasu. Na pewno znajdziesz chwile, by pomóc innym. Może w sąsiedztwie mieszkają opuszczone dzieci, wymagające opieki lub żyje staruszka, której można pomóc. Pomoc drugiemu człowiekowi sprawi, że na nowo zobaczysz sens swojego życia, a wyrzuty, które cię dręczą na pewno osłabną.

Nie wracaj do przeszłości - żyj tu i teraz i myśl o przyszłości, w której możesz przeżyć jeszcze wiele dobrego, czego Ci z całego serca życzę.

Helena


Jest taka rodzina w Warszawie

XVIII Międzynarodowy Kongres Rodziny rozpoczął się z pewnym opóźnieniem, ale nie to było moim największym zmartwieniem. Zastanawiałam się, gdzie obie z córką będziemy spały przez te trzy noce.

- Przepraszam, czy można skorzystać z pani notatek? Nie byłam na przedpołudniowej sesji i...

- Proszę, jeśli okażą się pomocne...

W tej chwili pojawiła się przy mnie - przemoczona  do suchej nitki moja siedemnastoletnia latorośl

- No i co, mamo? Jest gdzie spać?

- Ojej, panie aż ze Śląska (adres wypisany byt na notatniku) i nie macie gdzie mieszkać? Jeśli nie pogardzicie małym pokoikiem...

Wieczorem przyszło nam poznać rodzinę, która jest praktycznym potwierdzeniem tego, o czym mówiło się na Kongresie. To prawdziwe miejsce Przymierza - jeśli użyć określenia arcybiskupa Majdańskiego - oaza spokoju, miłości wzajemnej i dyscypliny, w której dominowało wychowanie przez pracę.

Państwo Więckowie zaproponowali nam gościnę, choć sami mieszkają w trzech pokojach z kuchnią w typowym wieżowcu na Brudnie. Mają pięciu synów. Najstarszy chodzi do trzeciej klasy liceum, najmłodszy ma pięć lat. Mama ukończyła SGPiS, ale nie pracuje zawodowo. Prowadzi poradnię rodzinną przy pobliskim kościele. Wspaniale radzi sobie w domu. Łagodzi konflikty między chłopcami, wprowadza swoim sposobem bycia ład, porządek i spokój. Podziwiam jej pokorę, oddanie codziennym sprawom domowym i mężowi. Bo mąż jest w tej rodzinie głową, a mama sercem. Pan Stanisław jest stanowczy, pracowity, doskonały organizator, sumienny w wypełnianiu własnych obowiązków i tegoż samego żądający od synów.

A obowiązków im nie brakuje.

Szczególnie wypełnione są nie tylko dni wakacyjne. Jeśli nauczyciele wyrażają zgodę, chłopcy zwalniani są już pod koniec roku szkolnego. Ich główne zajęcie to praca w polu. Pod folią jest 1,5 ha truskawek, które trzeba plewić, bo opryskiwanie środkami chemicznymi obniża jakość i nie wpływa dobrze na zdrowie. Później przychodzą zbiory truskawek, transport, sprzedaż. Po truskawkach zaczynają się maliny, później porzeczki, agrest...

Gdy minie czas owoców przychodzi pora na warzywa. W tym domu smak buraczków, marchewki czy konserwowej dyni śnić się może po nocach nie tylko jaroszom.

Najstarszy syn w ubiegłe wakacje miał jeden(!) dzień wolny, by odwiedzić kolegę. W tym roku chyba takiego luksusu nie będzie.

Ale praca w polu nie jest jedynym czynnikiem jednoczącym rodzinę. Ich głównym przedsięwzięciem jest budowa domu. Mają nadzieję, że wprowadzą się tam już na Boże Narodzenie. Wieczerza wigilijna będzie już chyba na nowym miejscu. Ten dom, to owoc prawdziwej współpracy - nie tylko najbliższej rodziny. Nieodpłatnie pomagają także dalsi krewni.

Pan Stanisław rozdziela między synów zajęcia związane z budową... "Ty uprzątniesz deski, wy powciągacie wiadra z cementem, a najmłodsi (11 i 5 lat) pomalują kaloryfery".

Tak, tu nikt nie próżnuje. I co dziwniejsze - nie słyszę żadnego sprzeciwu, żadnego wykręcania się. To nie tylko zasługa dyscypliny, wychowania przez pracę, ale przede wszystkim świadomość, że jestem potrzebny rodzinie, odpowiedzialny za losy jej członków.

Wszyscy chłopcy uczą się dobrze. Gdy tata wypomina jedenastolatkom czwórkę z polskiego, ten zaaferowany tłumaczy się, że to był przypadek, ale że i tak nie przeszkodziło mu to w otrzymaniu świadectwa z paskiem.

Mama kończy przygotowanie jutrzejszego obiadu, wydaje ostatnie dyspozycje, gdyż w niedzielę chciałaby być obecna na kongresie cały dzień.

Kamil gra na fortepianie. Inni chłopcy słuchają w skupieniu, czasem rzucą fachową uwagę. Znają się na tym. Starsi chodzą do szkoły muzycznej, młodsi do ogniska.

Powoli kończy się dzień. Klękamy do modlitwy. W czasie odmawiania dziesiątki różańca ,”Zdrowaśki” mówią kolejno synowie naszych gospodarzy. Ujmuje mnie atmosfera skupienia nawet u najmłodszych.

Po rozmowie z Celiną w kuchni wracam i ja do przydzielonego nam pokoju. Córka już śpi. Patrzę na nią z rozczuleniem i modlę się:

"Panie, dziękuję Ci za to, że jest taka rodzina w Warszawie, choć na pewno niejedna i nie tylko tu. Ale Ty dałeś mi poznać tę rodzinę, w której panuje miłość, porządek, dyscyplina, wzajemna pomoc i oddanie innym. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie oparli swojego życia na Tobie, nie oddali się kierownictwu Ducha Świętego. Wszak Jego owocem jest między innymi gościnność." Korzystając i niej spokojnie mogę ubogacać się tym, co się dzieje na kongresie. Nie zapanuje na świecie cywilizacja śmierci, dopóki są na świecie takie rodziny.

Ewa Krakowczyk


[archiwum 1989] [archiwum 1991] [archiwum 1992] [archiwum 1993] [archiwum 1994]

 [archiwum 1995] [archiwum 1996] [archiwum 1997] [archiwum 1998] [archiwum 1999]

[strona główna] [adres] [e-mail] [książki]