SIERPIEŃ 1994

 


 

 

SPIS TREŚCI:

 

Zdani na naukę i wychowanie - DZIECI DŻUNGLI - Henryk
Czy musimy być samotni? - Helena Hrapkiewicz
Do kogo pan przyszedł? - Antoni Bochniarz
Spacer - Jolanta Tim
Małżeństwo w świetle prawa rodzinnego - Roman Malczewski
Ciekawe zajęcia - Anna Majewska
Ubi caritas... - Joanna Sobczykowa
Bajeczka ortograficzna - Danuta Krzyżyk
Dziwny sen - Barbara, lat 12
Miłości trzeba się uczyć - Anna Majewska
Kiedy myślę o Mateuszu - Ewelina
Czytelnicy piszą
Warto przeczytać - Helena

 


Zdani na naukę i wychowanie - DZIECI DŻUNGLI

W 1920 roku indyjski misjonarz Singh znalazł w dżungli dwie dzikie dziewczynki, które uwolnił z wilczej nory i doprowadził do sierocińca w Midnapore. O ich wcześniejszym życiu niewiele wiedziano. Przypuszczalnie zostały one opuszczone albo zgubione we wczesnym dzieciństwie. Młodsza dziewczynka zmarła już w rok później, podczas gdy starsza, Kamala, zmarła w 1929 r. Najprawdopodobniej w 17 roku życia. W czasie ich uwolnienia wykazywały one zachowania zwierzopodobne. Potrafiły szybko biegać na czworakach, ale nie umiały prosto chodzić i stać, i broniły się gryząc i drapiąc. Surowe mięso było dla nich ulubionym pokarmem. Wodę chłeptały językiem. W ciągu dnia spały, natomiast w nocy włóczyły się jak zwierzęta. Wobec ludzi były nieśmiałe i trwożliwe, chętnie bawiły się jednak z psami. Wydawały z siebie tylko nieartykułowane dźwięki (pochodzące z pobudzenia emocjonalnego) i nie umiały mówić. Kamala, mimo nieustannych zachęt, nauczyła się chodzić prosto dopiero po pięciu latach, nie nauczyła się jednak w takiej pozycji biegać. Bardzo powoli nabywała umiejętności cieszenia się ze wspólnej zabawy z innymi dziećmi. Stosunkowo szybko nauczyła się rozumienia słów, natomiast aktywne używanie mowy długo ograniczało się do kilku sylab, za pomocą których na przykład sygnalizowała uczucie głodu. Do śmierci nauczyła się tylko około 50 słów.

Podobnie było z chłopcem znalezionym w Indiach wśród wilków, którym zajęła się Matka Teresa. Ochrzciła go, nadając mu imię Pascal, i wytrwale usiłowała go czegoś nauczyć. Aż do śmierci w 1985 roku nie potrafił wypowiedzieć ani jednego słowa.

W 1986 r. w dżungli w Ugandzie znaleziono chłopca lat około siedmiu. Nazwano go Robert i przewieziono do sierocińca w Kampali. Jego zachowanie i wygląd wskazywały na to, że przebywał długo wśród zwierząt, a wychowywany był przez małpy. Po rocznym pobycie wśród ludzi, normalnych próbach nauki i przystosowania do nowych warunków, chłopiec nadal zachowuje się jak małpa. Nie mówi, wydaje tylko nieartykułowane dźwięki. Nie potrafi się śmiać ani płakać. Najchętniej porusza się na czworakach, zaś w pozycji pionowej tylko pod przymusem. Robert ma krótki tułów i nieproporcjonalnie długie kończyny. Jego dłonie zakrzywiły się w łuk i są bardzo chwytne. Przebywa cały czas z dziećmi, ale wcale nie zwraca na nie uwagi. Lubi wygrzewać się w słońcu, a ożywia się tylko podczas posiłków. Najchętniej je trawę, korę drzew i banany. Wodę pije nabierając ją najpierw w dłoń. Nocami, zwłaszcza przy pełni księżyca, skomli z tęsknoty za dżunglą i zwierzętami.

"Zwierzę" i "niezwierzę"

Życie dzieci wychowywanych przez zwierzęta bywa skomplikowane i smutne, jest to dowód na to, że tylko w rodzinie człowiek może nabywać i rozwijać podstawowe ludzkie sprawności. O konieczności rodziny dla dziecka świadczy również fakt, że człowiek spośród wszystkich ssaków (zwierząt ssących, do których biologicznie należy) przychodzi na świat najmniej przygotowany do samodzielnego życia. O ile inne ssaki tuż po urodzeniu dysponują już zdolnymi do funkcjonowania organami zmysłowymi i układem ruchowym - mogą się zachowywać zaraz po narodzeniu w sposób charakterystyczny dla swojego gatunku - o tyle człowiek rodzi się jak gdyby przedwcześnie. Antropolog A. Portmann, opierając się na porównawczych badaniach, twierdzi, że ciąża u człowieka musiałaby trwać 21 miesięcy, żeby dziecko po porodzie osiągnęło stan rozwojowy pozostałych wyższych ssaków. Gdyby więc człowiek tuż po urodzeniu miał posiadać, analogicznie do innych ssaków, podobną im samodzielność, musiałby przebywać w łonie matki o 12 miesięcy dłużej niż faktycznie przebywa.

Konsekwencją tego faktu, że człowiek - w porównaniu z rozwojem zwierzęcym - przychodzi na świat za wcześnie jest to, że jego dalszy rozwój musi nastąpić w macierzyńskim łonie społecznym rodziny. Znaczy to, iż jego pełny rozwój nie zależy już tak bardzo (jak to jest u zwierząt) od powszechnych praw przyrody, ale coraz bardziej od warunków społecznych, gdzie rodzina jest środowiskiem prawie że nie do zastąpienia.

Istota o zmniejszonym instynkcie

Przez instynkty rozumiemy wrodzone sposoby zachowania. Pod względem działania funkcjonują one stale w jednakowy sposób, działają biomechanicznie (automatycznie) oraz służą przeżyciu jednostki i gatunku. Gwarantują w ważnych żywotnych sytuacjach życiowych dostosowane zachowanie.

U człowieka sprawdzone są tylko niektóre instynkty, np. ssanie u noworodków. Ze względu na to ograniczenie instynktu sposób życia człowieka nie jest regulowany przede wszystkim przez (zaprogramowane gatunkowo) genetyczne mechanizmy kierowania, lecz przez kulturowe sposoby zachowania, które są kształtowane i przekazywane przez ludzi.

Kulturotwórcze potrzeby ważne są także dla sfery popędowej. Popędy w następstwie redukcji instynktowej z natury nie są jeszcze ukierunkowane na określony, ustalony przez naturę cel. Podlegają uporządkowaniu w zależności od przekazu kulturowego i doświadczeń.

Kulturowa orientacja i formacja jest wymagana także w następstwie ludzkiego nadmiaru popędów. Energia popędowa nie podlega bowiem istniejącej w naturze zasadzie konieczności, jak to ma miejsce u zwierząt, których aktywność w tej dziedzinie jest ograniczona czasowo (sezonowo). Nadmiar niepohamowanej energii popędowej, jeśli chce się uniknąć chaosu, wymaga socjokulturowego okiełzania i regulowania. Porządek i odpowiedzialne organizowanie ludzkiej popędliwości, np. w postawach i charakterze, świadczy o wznoszeniu się na wyższy poziom moralny. Dlatego też człowiek jest istotą kulturową, a formowanie życia popędowego należy do wychowania.

Niedostatek odpowiednich do gatunku szablonowych sposobów zachowania zmusza człowieka do rozważnego wyboru i przemyślanej decyzji oraz twórczych rozwiązań. W następstwie tego (istnienia tylko niektórych instynktów) ludzkie zachowanie jest zmienne i dlatego także mniej przewidywalne niż zachowanie zwierząt. Dlatego też zachowanie się każdego człowieka jest jedyne i niepowtarzalne. Podobnie też przyszłość każdego człowieka pozostanie zawsze tajemnicą, bo składają się na nią wszystkie wcześniejsze i późniejsze doświadczenia życiowe (stan wyuczenia) i własne decyzje - wybory.

Twórca własnego losu

Zwierzę jest związane ze środowiskiem, żyje bowiem w przydzielonym mu przez naturę charakterystycznym dla gatunku wycinku otoczenia, który odpowiada potrzebom życiowym danego gatunku. Do danego środowiska zwierzę jest przystosowane. Na środowisko to składa się specyficzny dla danego gatunku obszar funkcjonowania, np. obszar pokarmowy, krąg płciowy, krąg wrogów.

W odróżnieniu od zwierząt człowiek nie jest sztywno przykuty do przynależnego mu rodzajowo środowiska, lecz żyje w otoczeniu, które może zmieniać, kształtować, ulepszać, przystosowywać do własnych potrzeb. Potrafi przezwyciężać swoje naturalne ograniczenia za pomocą skonstruowanych przez siebie środków technicznych. Przekształca środowisko, a przedmiotom nadaje znaczenie, które nie będzie ograniczało się do jego biologicznych potrzeb.

Przestrzeń życiowa człowieka nie jest zawężona do dostrzegania zmysłami tu i teraz. Myślenie i wyobraźnia pomaga nam przenosić się do stref przestrzennie

odległych i przypominamy sobie treści z przeszłości, a także wybiegamy wyobraźnią w przyszłość. Wychodząc poza faktycznie istniejące przedmioty potrafimy wymyślać idee, tzn. szkicować obrazy jeszcze nie istniejącego świata. Potrafimy też zdystansować się nie tylko wobec świata, lecz także wobec nas samych. Możemy uczynić samych siebie przedmiotem rozważań. Dzięki tej zdolności stajemy się twórcami swojego losu.

Istota kulturowa

Jesteśmy istotami kulturowymi w podwójnym sensie: "wytworem" kultury i twórcami kultury.

Od urodzenia począwszy zależymy od innych ludzi i zastanych form współżycia. Nie odziedziczyliśmy naszego sposobu życia, ale został on nam z jednej strony przekazany, a z drugiej - przez nas wyuczony, zdobyty. Przez kulturę, z której dóbr, wypracowanych przez pokolenia, korzystamy, uczestniczymy w doświadczeniach ludzkości, które są nam przekazywane bądź przez kontakt bezpośredni, bądź poprzez symbole. Dzięki symbolom (np. pismu) nie musimy osobiście być na drugiej półkuli, żeby dowiedzieć się, co tam się dzieje i czerpać z doświadczeń mieszkających tam ludzi.

Każda epoka ma swoje specyficzne kulturowe i osobowościowe zjawiska, w których poznawaniu pomaga nam historia, literatura, sztuka. Każdej kulturze odpowiada żyjący w niej człowiek. Każdy z nas ma też w sobie cechy swojej kultury.

Historyczne uwarunkowania wydają się być wyraźnie zauważalne w czasach współczesnych. Jesteśmy bowiem świadkami szybkiej i ciągłej dynamiki socjokulturowych warunków życiowych. Ostatnio zauważamy szybkie przedostawanie się do naszego społeczeństwa stylu życia charakterystycznego dla liberalizmu, który pod hasłami wolności broni wszelkiej indywidualności, w tym swobody obyczajowej. Szybko następujące po sobie zmiany w socjokulturze dają o sobie znać poprzez krótkoterminowe różnice w życiu i przeżyciach, zwłaszcza dzieci i młodzieży. W rezultacie tego występują trudności w porozumieniu pomiędzy rodzicami i dziećmi, właśnie ze względu na tę dużą dynamikę kulturową.

Normalnie człowiek powinien uczestniczyć w możliwie jak najszerszym kręgu kulturowym. Im bardziej ten krąg kulturowy się zawęża, tym mniej prawidłowe funkcjonowanie. W tym kontekście można mówić na przykład o gangu, który ma to do siebie, że izoluje uczestników od reszty społeczeństwa. Sprzyja to zachowaniom aspołecznym. Najczęściej są one skutkiem zaniedbań wychowawczych, co sprawia, że postawy i sposoby zachowania zaniedbanych odbiegają od norm, powszechnie przyjętych przez społeczeństwo.

Duże zaniedbania prowadzą do przestępczości. Przestępczość z pewnego punktu widzenia, to takie działanie albo zaniedbanie, które sprzeczne jest z istniejącym prawem. Pojęcie przestępczości nieletnich pojawiło się po raz pierwszy w Anglii w roku 1815. Na rok przedtem sąd karny w Londynie skazał na śmierć pięcioro dzieci w wieku od 8 do 12 lat.

Zasada wychowawcza w przestępczości nieletnich

Obecnie pojęcie "przestępczość nieletnich" spopularyzowane jest w całym świecie, nie jest ono jednak wszędzie równoznaczne. Różnoznaczność tego pojęcia odzwierciedla się w danych statystycznych. W jednym kraju bowiem rejestrowane są jedynie zbrodnie, w drugim wszelkiego rodzaju przestępstwa i naganne zachowania. Niektóre dane na przykład podają liczbę aresztowań nieletnich przez policję, inne odnoszą się do nieletnich osądzonych.

Dane statystyczne nie są porównywalne również ze względu na granice wieku, które różnią się znacznie w poszczególnych krajach. I tak statystyki belgijskie odnoszą się do nieletnich w wieku od 0 do 16 lat; statystyki angielskie - od 8 do 17 lat; statystyki niemieckie - od 14 do 18 lat.

Kwalifikacja "przestępczości nieletnich" ma znaczenie w wymierzaniu kary. W prawie karnym dotyczącym wykroczeń młodzieży zasada wychowawcza ma pierwszeństwo przed zasadą odwetu. Tłumaczy się to tym, że czyny przestępcze młodocianych są uwarunkowane niedostatkiem wychowania.

Na przestępczość nieletnich składają się różne czynniki, które najczęściej oddziałują razem. Dawniejsze przypuszczenie, że istnieją "urodzeni przestępcy" nie zostało udowodnione. Przyczyny zachowań przeciwnych prawu tkwią w społecznej sytuacji, na którą składają się: wyobcowanie, niedostatki i błędy wychowawcze, zrujnowane rodziny, przesadna dyscyplina, niekonsekwencje itp. Konsekwentnie też za przestępczość nieletnich odpowiadają w dużej mierze dorośli.

Przeciwstawić dobro złu

Grupy przestępcze stanowią oczywiście jedynie margines społeczny. Ale czyż dużych konfliktów społecznych nie może wywołać jednostka? Wie o tym "każdy nauczyciel, który ma prawie całą klasę dobrą, ale jeden uczeń jest taki, że czasami wręcz uniemożliwia prowadzenie zajęć. Również w rodzinie jeden jej członek może zaburzyć całe jej życie.

Oczywiście można też odwrotnie powiedzieć - o jednostkach wyróżniających się w sensie pozytywnym. O ile stosunkowo łatwo uwierzyć, że jeden "zły" potrafi zaburzyć życie całej grupy, o tyle mało jest przeświadczonych o tym, że jeden człowiek dobry jest w stanie zrobić wiele. Potrzeba więc ukazywać silne osobowe wzory, autorytety mające pozytywny wpływ na społeczeństwo. Chodzi zatem o wytworzenie wiary w człowieka - w to, że nawet ograniczenia, z jakimi się rodzimy, w jakich przypada nam żyć, nie uniemożliwiają czynienia dobra, podejmowania trudnych zadań. Przeciwnie, trudne warunki hartują, pobudzają do wysiłku, czynią człowieka. Tacy ludzie tworzą kulturę. Warto, byśmy się wokół siebie rozglądnęli i poszukali takich osób i promowali je.

Pamiętajmy też, że każdy z nas współtworzy kulturę - dostarcza wzorców osobowych dla innych, wpływa na środowisko, w jakim się znajduje, przygotowuje je też dla następnych pokoleń. Warto więc zastanowić się, jakie jest nasze oddziaływanie na środowisko, w którym żyjemy i co chcemy po sobie pozostawić.

Henryk


CZY MUSIMY BYĆ SAMOTNI?

Wiele zjawisk współczesnego życia określa się jako symptom naszych czasów. Niewątpliwie jednym z nich jest poczucie osamotnienia, jakie przeżywa człowiek. Przejawem tego zjawiska są listy do redakcji czasopism, do rozgłośni radiowych czy telewizyjnych, w których niezmiennie pojawiają się stwierdzenia:. "jestem samotny i nieszczęśliwy jak poradzić sobie z samotnością w domu i poza nim moim problemem jest samotność... Pomóżcie"! Przyczyną wizyt w poradniach psychologicznych bardzo często jest właśnie niemożność poradzenia sobie z poczuciem osamotnienia. Następstwem poczucia osamotnienia jest, obejmujący coraz szersze kręgi społeczeństwa, alkoholizm, narkomania, próby samobójcze, choroby psychiczne. Problem osamotnienia dotyka coraz więcej ludzi, niezależnie od wieku i pełnionych ról. Osamotnionymi czują się dzieci, młodzież w okresie dorastania, ludzie dorośli, osoby żyjące w związkach małżeńskich, jak i osoby samotne.

Co to jest samotność? Odpowiedzi, udzielane na gorąco, określają samotność, jako brak więzi z drugim człowiekiem, brak poczucia zrozumienia przez innych, odrzucenia przez innych, brak akceptacji. Psychologia określa samotność jako subiektywne, nieprzyjemne, bolesne przeżycie psychiczne, wynikające z braku w stosunkach międzyludzkich Przeżycie zdeterminowane kulturowo narzucone sobie przez jednostkę (rybacy, uczestnicy wypraw, twórcy pracujący w samotności, z dala od ludzi), będące przymusową izolacją (choroba zakaźna), wynikające z naturalnej sytuacji rodzinnej jak i społecznej (np. śmierć bliskiej osoby). Samotność jest to subiektywne przeżycie pojawiające się na skutek niezgodności pomiędzy oczekiwaniami jednostki a realnymi możliwościami. W literaturze wyróżnia się:

- samotność emocjonalną, która jest oparta na braku związków osobowych i intymnych, stanowiąc formę bolesnej izolacji,

- samotność społeczną, która przejawia się w braku przynależności do wspólnoty, budzi uczucie bezcelowości i marginalności życia.

Ten rodzaj samotności odczuwają osoby, które znalazły się w nowym środowisku, czy to ze względu na miejsce zamieszkania, czy na nową pracę.

Potrzebę intymności i bliskości z innymi ludźmi ma każda istota ludzka od dzieciństwa do końca życia.

W niemowlęctwie objawia się to w bliskim i czułym związku z osobą, która ją pielęgnuje i wychowuje - najczęściej jest to matka. Nie zaspokojona potrzeba

przynależności i miłości wpływa negatywnie na rozwój psychiczny dzieci, często pojawia się u nich choroba sieroca.  

W dzieciństwie potrzeba bliskości jest spełniona dzięki udziałowi w pracach dorosłych, nieco później przez znajdowanie towarzystwa rówieśników i bycia zaakceptowanym w grupie, znalezieniu kolegi, kumpla.

Rodzice, którzy wychowują dziecko na osobę egoistyczną, krzywdzą je. Przyzwyczajone do ciągłego zainteresowania własną osobą w gronie rówieśników, którzy są zajęci sobą powoli może być izolowane czy nawet odrzucone odczuwając głęboką samotność.

W okresie dorastania młodzież przeżywa różnego rodzaju lęki i niepokoje. Są one związane z rozwojem biologicznym, z nieznanymi do tej pory zmianami organizmu, jak i z problemami społecznymi. Niepokój budzi przyszłość, kim będę? Jak sobie poradzę z otaczającą rzeczywistością? W okresie tym upadają dotychczasowe autorytety, następuje fizyczne oddalenie się od rodziców, nauczycieli, ale też od rówieśników, przez których młody człowiek czuje się czasami niezrozumianym. Niepowodzenia w szkole, często nierealistyczne poczucie niskiej wartości powoduje trudności w komunikowaniu się, co prowadzi do osamotnienia.

Samotność osób dorosłych jest uwarunkowana dotychczasowym życiem jak i aktualną sytuacją. Brak znajomości, przyjaźni zawieranych w dzieciństwie czy w młodości rzutuje na osamotnienie. Wielość obowiązków, które trzeba wypełnić, jest przeszkodą w byciu z innymi, w zawieraniu znajomości i przyjaźni.

Jak przezwyciężyć samotność?

Ponieważ przyzwyczajenia samotności są różnorakie, dlatego trudno podać gotowe rady jak przezwyciężyć samotność. Można zwrócić jedynie uwagę na niektóre czynniki:

1. Coraz lepsze poznanie siebie, prowadzi do zaakceptowania swojej osoby. Każdy z nas ma bowiem cechy, które winno się wykorzystywać dla własnego rozwoju jak i w celu pomocy innym, jak i cechy negatywne, nad którymi warto popracować. Świadomość swojej wartości prowadzi do akceptacji siebie i otwartości na drugiego człowieka.

2. Samotny potrzebuje drugiego człowieka. A więc przyjaźń jako przezwyciężenie samotności. Własna aktywność w poszukiwaniu przyjaciół wiąże się z pomaganiem   drugiemu, poświęceniem mu czasu, wysłuchaniem drugiego człowieka, w darzeniu go szacunkiem.

3. Poszukiwanie grupy wsparcia tj. ludzi podobnie myślących, w których towarzystwie można pracować, bawić się, uczyć się, ale też odpoczywać.

4. Stawianie sobie celów ogólnych jak i bardzo szczegółowych. Celem takim może być np. ukończenie jakiegoś  kursu, który pomoże w  rozwoju umiejętności, a także przyczyni się do spotkania z innymi ludźmi.

5. Poszukiwanie oparcia w wierze i modlitwie.

A może warto spojrzeć na samotność nieco inaczej - nie jako na przykre odczucie, ale jako na szansę spotkania z samym sobą, na szansę własnego rozwoju, przede wszystkim duchowego? Warto wiec zastanowić się nad rozróżnieniem pojęć samotność i osamotnienie. Pomocą w tym będą słowa Phila Bosmansa - flamandzkiego zakonnika: Można być samotnym, nie czując się osamotnionym. "Możesz nigdy się nie żenić i czuć się szczęśliwie i bezpiecznie. A możesz się ożenić, mieć wokół siebie wielu ludzi i czuć się jak odludek. Osamotnienie - to samotność, która wymknęła się spod kontroli - to cierpienie".

Helena Hrapkiewicz


Do kogo pan przyszedł?

ANTONI BOCHNIARZ

Towarzyszy im lęk bezsennych nocy i bezpieczne światło wstającego dnia.

Siedzą na korytarzu nieruchomi, drzemiący i jakby nieobecni. Ich kamienne oblicza, na których dawno zgasł uśmiech, ożywiają się, gdy pojawia się ktoś obcy, ktoś z zewnątrz. Zapytują niekiedy: "Do kogo pan przyszedł?" - i spieszą, by donieść radosną wieść odwiedzanemu lub instruują, gdzie można go znaleźć. Pytają: "Skąd pan przyjechał? Która godzina?" - po to, by mieć kontakt z kimś - jak im się wydaje - z normalnego świata, w którym i oni przebywali do niedawna. Ich czas odmierzają kolejne posiłki, kolejne poranki i długie wieczory, których początek zaczyna się tuż po kolacji wydawanej o godz. 17-tej, bo kucharki spieszą się do swoich domów.

Czas sączy się im jak kroplówka. Minuty trwają wieczność. Towarzyszy im lęk bezsennych nocy i bezpieczne światło wstającego dnia oraz radość, że umknęło się kolejnej nocy i przeżyło kolejny dzień. Gdy sąsiednie łóżko nagle milknie, a później pustoszeje, po raz kolejny wchodzą w krainę lęku przed śmiercią.

Ich codzienność wypełniona jest walką o lepsze traktowanie, o przywileje u personelu. Przejawiają w niej agresję walcząc o 20 cm własnego miejsca za szafą, o chleb bez skórki w stołówce, o partnera do dyskusji, o bratnią duszę. Swoją postawą i zachowaniem zdają się żebrać o zauważenie, o komplement, o pochwałę. Stają się schlebiający i służalczo usłużni personelowi. Prezentami otrzymywanymi od rodziny częściej dzielą się z personelem (by kupić przychylność) niż ze współmieszkańcami. Inni w obronie swojej godności i autonomii stają się krytyczni, agresywni. Tacy w opinii personelu uchodzą za konfliktowych i za tzw. "trudne charaktery". Bezsilność wobec niekorzystnych uwarunkowań pcha niektórych do donosicielstwa, do robienia na złość współmieszkańcom.

Pozycja niejednego z nich zależy od sprawności fizycznej, od stanu zdrowia, od przydatności i uczynności innym. Wiele osób ucieczką w chorobę somatyczną błaga o współczucie, wyrozumiałość, o tolerancję, o ciepłe słowo, o zauważenie. Wielokrotnie sięgają do wspomnień i nimi karmią swą teraźniejszość. Odtwarzają w nich po raz kolejny te sceny z przeszłości, które dowartościowują ich przed słuchaczem, o którego tak trudno. Są też tacy, którzy swój ból oddalają przez alkohol.

Niektórzy chwalą się swoimi dziećmi, pokazują ich zdjęcia, usprawiedliwiają ich decyzje i czasem łzami wyrażają swój stosunek do nich.

Gdy odwiedzają ich dzieci, starają się pokazać to innym, bo to ich dowartościowuje, nobilituje i ustawia wyżej od innych pensjonariuszy. Objawy ich zachowań są podobne do tych, które obserwować można w domach dziecka u dzieci dotkniętych chorobą sierocą.

Często tak bywa w domach pomocy społecznej, w których rzadko odnajdujemy solidarność pensjonariuszy. Dominującymi elementami tej rzeczywistości są rygoryzm, ograniczenie powierzchni, pozory opieki. Mieszkańcy domów pomocy społecznej, oderwani od miejsca urodzenia, wychowania, doiiiu rodzinnego, sąsiadów, pracy, znanych ścieżek, ulubionych miejsc utracili poczucie bezpieczeństwa i więzi z tym, co było dla nich najbliższe. Poczuli się odrzuceni, niepotrzebni, bezwartościowi, zdradzeni, zawiedzeni. Wstydzą się przyznać przed znajomymi, jak wygląda ich życie. Walczą o swoją godność, o człowieczeństwo, szukają sensu życia. Zachowaniem ujawniają silną potrzebę autonomii, akceptacji i oparcia emocjonalnego. Lecz jak je mają znaleźć w osobach spoza rodziny?

Ciepłe słowo, wyrozumiałość, wysłuchiwanie ich skarg - to ich witaminy życia. Ci ludzie potrzebują przyjaźni, bliskości drugiego człowieka, wyrozumiałości dla swego niedołęstwa, niezaradności, braku sił i skarg, które zbyt często wyrywają się z ust. Są wdzięczni tym, którzy obdarzają ich nie litością, lecz współczuciem, i tym, którzy bez rozgłosu pomagają z delikatnością, która nie rani i nie upokarza. Modlą się za tych, którzy wspierają ich dobrym słowem w rozmowie, w listach, za tych, którzy dodają im odwagi, którzy strzegą ich od załamania, przynoszą "słońce", dobre spojrzenie i ofiarują radość konieczną do życia. Tycti ludzi cechuje przylepność emocjonalna, ponieważ znaczna deprywacja (brak zaspokojenia) potrzeb psychicznych poczyniła spustoszenie w ich psychice. Postępujące lata, utrata sił, zdrowia i rodzina skazały ich na przebywania w poczekalniach śmierci.

Źródłem dramatu jest naruszenie więzi z rodziną, wspólnotą i kulturowym kodem znaczeń. Wykorzenienie ich z naturalnych środowisk spowodowało u wielu dezintegrację tożsamości, przywdzianie masek chroniących strefy bólu, ucieczkę w fantazje, bierność, choroby somatyczne oraz rytualizację gestów i zachowań.

Dotychczasowy system opieki domów pomocy społecznej przyczynia się do ubezwłasnowolnienia osób. Wyłączna troska o poprawę bytu i zewnętrznych warunków egzystencji maskuje bezsilność, bezradność i brak miłości ze strony "zdrowego otoczenia". Zdrowie społeczeństwa wyraża się bowiem także jakością troski o osoby stare i niepełnosprawne.

Tym, którzy nie zagubili jeszcze systemu wartości, którzy nie do końca stali się moralnymi daltonistami, a którzy sprawili, że ich matki i ojcowie znaleźli się w domach rencistów, pomocy społecznej lub w przytułkach pragnę przypomnieć:

Gdy ty cieszysz się słońcem, muzyką, młodością, witalnością, zdrowiem; gdy szukasz uznania i aprobaty społecznej; gdy szukasz odpoczynku w zagranicznych kurortach i na czystych plażach; gdy raczysz swoje podniebienie smakołykami i uchodzisz za dobrego (dobrą) ojca (matkę), męża (żonę), syna (córkę); gdy rozpiera cię pewność siebie z powodu wypchanego portfela, eksponowanego stanowiska i zdobytego wykształcenia - twój ojciec (lub twoja matka) przemierza powolnym krokiem przestrzeń korytarza lub pokoju (swojej celi) i czeka na kolejny posiłek, na twoją wizytę, żyje resztką nadziei i czyni przygotowania do śmierci.

Antoni Bochniarz


Michał

Mój znajomy dwuipółlatek, syn przyjaciółki, uczył się mówić. Taka nauka to poważna sprawa, więc i my, dorośli, musieliśmy się do tego wtrącać. Cóż, takie już nasze zwyczaje. Wtrącaliśmy się więc jeden przez drugiego wymyślając coraz to nowe słowa, a Michał posłusznie powtarzał, co nas cieszyło niezmiernie, nie tylko z powodu postępów w nauce, ale głównie, wstyd się przyznać, z zabawnych przekręceń. W pewnej chwili ktoś z nas wpadł na pomysł nauki imion i pokrewieństw. Kto ty jesteś? Michał. A to kto? ciocia Lola. A ja kim jestem? tatą. A kim jest mama? Czekaliśmy na odpowiedź Ania, ale Michał zawołał: Anielem! Wybuchnęliśmy śmiechem. A potem zastanowiłam się chwilę - to dobrze, że matka jest dla swojego dziecka aniołem, tak być powinno. Dlaczego jednak są matki, które stają się dla swoich dzieci "aniołami zagłady"?


Spacer

Maciek, późny jedynak, hołubiony przez całą rodzinę, poszedł na spacer. Przez cały czas biegał i uciekał rodzicom, odprowadzany ich czujnym spojrzeniem i natychmiast goniony, gdy za bardzo zbliżał się do samochodów. Krzysztof szedł ze swoją trójką, a dzieci nie oddalały się od niego nawet na krok. No, no, ale je wyszkoliłeś, nie to co nasz, powiedzieli tamci rodzice. Nie sądzisz jednak, że i one mogą sobie trochę pobiegać? Wy jesteście we dwójkę i pilnujecie tylko Maćka, odpowiedział Krzysztof, ale Ewelina i ja często sami idziemy z całą trójką. Gdybyśmy na ulicy pozwolili im się oddalać od nas, mogłoby nam się nie udać uchronić któreś od wypadku.

Wiem, że Ewelina i Krzysztof bardzo kochają swoje dzieci i wychowując je dają im tyle swobody, ile to możliwe. Kiedy więc zastanawiam się nad tamtym banalnym w sumie wydarzeniem, żałuję że są rodzice, którzy utożsamiają miłość z pozwalaniem na wszystko. Wychowując dzieci w modny, bezstresowy sposób zapominają, że zakazy są czasem dla dobra dziecka niezbędne.

Jolanta Tim


MAŁŻEŃSTWO W ŚWIETLE PRAWA RODZINNEGO

Rozpoczynając rozważania na temat prawa rodzinnego należałoby na krótko zatrzymać się nad samą jego nazwą i miejscem w systemie prawa stanowionego. Pożyteczne też będzie zdać sobie sprawę, w jakim obszarze zagadnień się poruszamy. Dzisiejszy, bardzo rozbudowany system prawny, nie zadowala się już kwalifikacją poruszanych tu kwestii jako części prawa cywilnego, aczkolwiek - historycznie rzecz biorąc - właśnie z tegoż prawa cywilnego prawo rodzinne się wywodzi.

Złożoność życia i jego coraz to nowe problemy oraz konieczność właściwego i skutecznego reagowania na konfliktowe sytuacje spowodowały wyodrębnienie "prawa rodzinnego". W sposób formalny wyodrębnienie to przybiera w różnych państwach postać kodyfikacji (kodeksu). Tak też stało się w prawie polskim. Z dniem l stycznia 1965 r. wszedł w życie nasz kodeks rodzinny i opiekuńczy. Nazwa tej kodyfikacji wskazuje także, iż mieści się w niej jeszcze inne unormowanie, mianowicie opieka - jako instytucja prawna (a ściśle: opieka i kuratela). Jest to usprawiedliwione pokrewnym charakterem opieki (i kurateli) pod względem szczególnej łączności pomiędzy opiekunem a podopiecznym, podobnej do tej łączności, jaką charakteryzuje się rodzina.

Kodeks rodzinny i opiekuńczy (k.r.op) reguluje kompleksowo całość tych zagadnień, jakie wiążą się z założeniem i funkcjonowaniem rodziny jako szczególnej grupy społecznej. Nie wdając się w rozważanie nad słusznością tej czy innej nazwy trzeba podkreślić, że ważna jest sama istota owej grupy i więzi międzyludzkiej, jaka się w niej wykształca. Z tych przyczyn kodeks zawiera poszczególne unormowania dotyczące: małżeństwa - jego zawarcia i skutków, praw i obowiązków małżonków, ich stosunków majątkowych oraz ustania małżeństwa; pokrewieństwa - co wiąże się z pochodzeniem dziecka, stosunków miedzy rodzicami a dziećmi, władzą rodzicielską i obowiązkiem utrzymania dziecka oraz pomocy materialnej poszczególnych członków rodziny względem siebie (tzw. obowiązek alimentacyjny, opieki i kurateli) - warunków jej powstania i sprawowania. Niewątpliwie podstawową prawną instytucją - z uwagi na więź emocjonalną i skutki prawne - jest małżeństwo, od niego zatem wypada te rozważania rozpocząć.

Czym jest małżeństwo z prawnego punktu widzenia, a ściślej - z punktu widzenia obowiązującego prawa rodzinnego? (To zastrzeżenie jest o tyle istotne, że inaczej traktuje małżeństwo, np. prawo kanoniczne, także skodyfikowane - w kodeksie prawa kanonicznego, wprowadzonego dekretem Papieża Jana Pawła n z dn. 25.1.1983 r.)

Otóż małżeństwo jest szczególną umową dwojga ludzi: mężczyzny i kobiety, którą to umowę zawierają oni, składając przed właściwą władzą ("kierownikiem urzędu stanu cywilnego") oświadczenia o wstąpieniu ze sobą w związek małżeński. Taki charakter wynika z przepisu art. l § l k.r.op. Umowa to jednak szczególna - ze względu na rangę jej przynależną oraz formę jej zawarcia i warunki, jakim odpowiadać muszą kandydaci. (Według prawa kanonicznego małżeństwo to nie tylko umowa - "przymierze", ale także sakrament - kan. 1055).

Każda umowa powinna być przestrzegana. Ta zasada - wywodząca się jeszcze z prawa rzymskiego (pacia suni ser-vanda), dotyczy także, a nawet tym bardziej małżeństwa, zakładającego przecież trwałość pożycia i stworzenie nowej rzeczywistości psychofizycznej i majątkowej pomiędzy małżonkami. Zawarciu małżeństwa towarzyszy szczególna forma ("...publicznie i uroczyście, w obecności dwóch pełnoletnich świadków"), złożenie na stojąco oświadczeń o wstąpieniu w związek małżeński - art.7§ 8 § 2 k.r.op), a cała uroczystość nie kończy się zwykle w urzędzie stanu cywilnego...

Względy życiowe sprawiają jednak, że w szczególnych okolicznościach (w razie bezpośredniego zagrożenia życia jednej ze stron), można zawrzeć związek małżeński bez przestrzegania miejscowej właściwości urzędu stanu cywilnego lub przed organem samorządu terytorialnego. Inne ważne powody mogą sprawić, iż małżeństwo może być zawarte przez pełnomocnika, w takim jednak przypadku musi na to uprzednio zezwolić sąd. Sąd bywa także zaangażowany w kwestie związane z zawarciem małżeństwa w razie istnienia tzw. przeszkód małżeńskich, Należą do nich:

- ubezwłasnowolnienie, choroba psychiczna, albo niedorozwój umysłowy;

- pozostanie we wtórnym związku małżeńskim;

- pokrewieństwo i powinowactwo;

- stosunek przysposobienia (adopcja).

Małżeństwo nie może być ważnie zawarte przez mężczyznę nie mającego ukończonych 21 lat ani przez kobietę nie mającą lat 18. Sąd może jednak - z ważnych powodów - zezwolić takim osobom na zawarcie małżeństwa, ale i tak w tym przypadku mężczyzna musi liczyć sobie co najmniej 18 lat, a kobieta - lat 16; tego warunku ominąć nie można. W przypadku naruszenia warunku posiadania odpowiedniego wieku każdy z małżonków może żądać unieważnienia małżeństwa.

Warunek odpowiedniego wieku jest tak mocno respektowany, że unieważnienie to może być orzeczone nawet w przypadku legitymowania się zezwoleniem Sądu na zawarcie małżeństwa, które jednak zostało orzeczone błędnie, faktycznie zaś strona nie spełniała w chwili ślubu owego minimum wieku (18 i 16 lat). Unieważnienie małżeństwa z wyżej wymienionych powodów nie jest jednak możliwe, gdy małżonek przed wytoczeniem powództwa wiek ten osiągnął, gdy zaś żona zaszła w ciążę, unieważnienie może nastąpić wyłącznie na jej żądanie (art. 10 k.r.op.).

Ubezwłasnowolnienie, choroba psychiczna albo niedorozwój umysłowy

Ubezwłasnowolnienie jest przeszkodą formalną, wyrażającą się w tym, że uprzednio Sąd zakwestionował prawo mocnym swoim orzeczeniem zdolność danej osoby do podejmowania czynności prawnych. Wiąże się to z akcentowanym wyżej umownym charakterem małżeństwa, a umowy nie może zawrzeć nikt, kto nie posiada zdolności do czynności prawnych. Małżeństwo jest umową tak ściśle związaną z osobą, że nie jest możliwe zastąpienie zgody tej osoby na małżeństwo zgodą jej opiekuna prawnego. Istnienie tej przeszkody małżeńskiej jest podstawą do żądania unieważnienia małżeństwa przez każdego z małżonków, chyba że ubezwłasnowolnienie zostało wcześniej uchylone (art. 11 k.r.op.).

W odróżnieniu od ubezwłasnowolnienia choroba psychiczna albo niedorozwój umysłowy są przeszkodami faktycznymi - aczkolwiek powiązanymi z ubezwłasnowolnieniem w tym sensie, że stanowią podstawę jego orzeczenia.

Jeżeli jednak stan zdrowia lub umysłu osoby dotkniętej wyżej wymienionymi usterkami nie zagraża małżeństwu ani zdrowiu przyszłego potomstwa i jeśli osoba taka nie została ubezwłasnowolniona całkowicie, Sąd może zezwolić na zawarcie małżeństwa. Naturalnie, Sąd w takich przypadkach będzie posiłkował się opinią biegłych (psychiatrów, psychologów lub innych specjalistów). Najogólniej można powiedzieć, że szansę na zezwolenie Sądu ma taka osoba, której usterki psychiczne są nieznaczne. Nie bez znaczenia jest tu także wiedza i ogólny stopień przygotowania potencjalnego małżonka takiej osoby.

Podobnie, jak we wcześniej omawianych przypadkach, tak i z uwagi na chorobę psychiczną albo niedorozwój umysłowy, każdy z małżonków może żądać unieważnienia małżeństwa.

Unieważnienie nie jest jednak możliwe, gdy stan choroby psychicznej ustał (art. 12 k.r.op.). Podkreślić należy, że omawiane przeszkody muszą istnieć w chwili zawarcia małżeństwa, gdyż wtedy to zawarcie związku jest wadliwe. Wystąpienie choroby psychicznej już w trakcie małżeństwa powoduje inną sytuację prawną.

Pozostanie w innym związku małżeńskim

Ustawodawstwo polskie oparte jest, podobnie jak i w innych krajach, na zasadzie monogamii. Dlatego pozostawanie w innym związku małżeńskim stanowi nie tylko prawną przeszkodę do zawarcia małżeństwa, ale też zawarcie drugiego lub dalszych małżeństw jest przestępstwem bigamii, umieszczonym w katalogu przestępstw przeciwko rodzinie (art. 183 k.k.).

Na gruncie prawa rodzinnego (art. 13 k.r.op.) sankcją prawną w przypadku zaistnienia bigamii jest możliwość żądania unieważnienia małżeństwa bigamicznego przez każdego, kto ma w tym interes prawny. Krąg osób, które mogą tego żądać jest zatem szerszy niż w poprzednio omawianych przypadkach. Wiąże się to w znacznej mierze z interesem majątkowym krewnych, których liczba jest wówczas z natury rzeczy większa.

Możliwość unieważnienia małżeństwa bigamicznego zostaje jednak wyłączona w przypadku ustania lub unieważnienia poprzedniego małżeństwa, chyba że owo ustanie nastąpiło wskutek śmierci małżonka-bigamisty. W takim przypadku prawnie zainteresowany może pomimo to unieważnienia takiego dochodzić.

Pokrewieństwo i powinowactwo

Pokrewieństwo (tj. związek krwi stron) i powinowactwo (tj. stosunek prawny do krewnych drugiego małżonka) jest względną przeszkodą małżeńską. Jej istnienie lub nieistnienie zależne jest od linii i stopnia pokrewieństwa (powinowactwa). Polskie prawo rodzinne nie dopuszcza zawierania małżeństw między krewnymi w linii prostej w ogóle, a w linii bocznej - między rodzeństwem. W przypadku powinowactwa zakaz ten dotyczy jedynie powinowactwa w linii prostej. W praktyce oznacza to, że w ogóle nie mogą zawrzeć małżeństwa krewni, których więź wyraża się w pochodzeniu jeden od drugiego (linia prosta: dziadkowie - rodzice - dzieci - wnuki itd.), a gdy chodzi o linię boczną: rodzeństwo - dzieci rodzeństwa - wnuki rodzeństwa itd., to zakaz ten kończy się na II stopniu. Mogą zatem pobrać się, np. dzieci rodzeństwa.

W kręgu powinowactwa małżeństwo jest wykluczone, np. miedzy teściem a synową, ale możliwe np. między teściem a siostrą synowej. Jednak Sąd - z ważnych powodów - może zezwolić na pobranie się powinowatych w linii prostej.

W ustaleniu stopni pokrewieństwa (powinowactwa) należy brać pod uwagę liczbę urodzeń od wspólnego przodka. I tak na przykład wnuki w stopniu do dziadków są krewnymi drugiego stopnia (linia prosta), rodzeństwo w stosunku do siebie, to krewni drugiego stopnia (linia boczna).

Naruszenie ww. zakazów powoduje prawo żądania unieważnienia małżeństwa, z tym że w przypadku pokrewieństwa żądać tego może każdy, kto ma w tym interes prawny, a w przypadku powinowactwa - każdy z małżonków.

Stosunek przysposobienia (adopcja)

Stosunek prawny przysposobienia (łac. adoptio) jest formalną przeszkodą małżeńską, zatem związek małżeński między przysposabiającym a przysposobionym jest niedopuszczalny tak długo, jak długo trwa przysposobienie. Stosunek ten może być rozwiązany przez Sąd.

Każdy z małżonków może żądać unieważnienia małżeństwa z powodu stosunku przysposobienia, ale unieważnienie takie odpada, gdy przysposobienie ustało.

Wreszcie w odniesieniu do zakazów odnoszących się do pokrewieństwa i przysposobienia nadmienić należy, że w przypadku ich naruszenia wchodzić może w grę także odpowiedzialność karna, chociaż jej zakres jest nieco odmienny od zakresu zakazu wynikającego z prawa rodzinnego.

Mianowicie, przypis art 175 k.k. penalizuje obcowanie płciowe jedynie z krewnym w linii prostej, bratem lub siostrą (także rodzeństwo przyrodnie) jak też z osobą pozostającą w stosunku przysposobienia. Są to czyny zaliczone do przestępstw przeciwko obyczajowości.

Podkreślić należy, że Sąd, unieważniając małżeństwo, orzeka także, czy i który z małżonków zawarł je w złej wierze, czyli, który z małżonków, zawierając małżeństwo, wiedział o okoliczności wyłączającej dopuszczalność tego związku. Ma to doniosłe znaczenie praktyczne, gdyż skutki prawne takiego orzeczenia są analogiczne do stosunków przypisania winy rozkładu pożycia przy orzeczeniu rozwodu, a to z kolei ma istotne znaczenie dla stosunków majątkowych byłych małżonków.

Roman Malczewski


CIEKAWE ZAJĘCIA

Ładnie położony, mały klasztor w Brennej, zawsze otwarty na przyjęcie grup wspólnotowych. Nieduża, stylowa kaplica sprzyja wyciszeniu i kontemplacji. Latem gromadzą się tutaj oazy. Zimą przyjeżdżają na swoje ciekawe zajęcia, słuchacze Studium Rodziny z Katowic. Nazywam je ciekawymi, bo odbiegają od stereotypu sobotnich wykładów, skądinąd też interesujących i głębokich w swoich treściach. Do Brennej przybyły żony, matki, ojcowie, samotne kobiety i mężczyźni, nie brakło też całych rodzin.

Każdy dzień zajęć poprzedzała Msza św. sprawowana przez ks. Henryka Krzysteczkę. Jego komentarz Ewangelii pobudzał do myślenia i refleksji.

Potem wspólnotowe śniadanie z modlitwą na wstępie. Aby lepiej się poznać, przy każdym posiłku zajmowało się inne miejsce. Ta banalna, jak mi się na początku wydawało, forma w którymś momencie nabrała zupełnie innego wymiaru - przecież my tak łatwo przywiązujemy się do miejsca, pozycji, z czasem kamieniejemy - pomyślałam.

Dyskretny dzwonek obwieszczał początek zajęć. Gustowne wnętrze salki wykładowej, zastawione dookoła wersalkami pozwalało wygodnie się rozsiąść, aczkolwiek znów nie na stałe, za każdym razem siedziało się obok innej osoby, tym razem wiedziałam, że tak jest dobrze, szczególnie kiedy chce się stworzyć chociażby najmniejszą wspólnotę.

Prowadząca zajęcia pani dr Elżbieta Wójcik poprosiła, abyśmy się sobie nawzajem przedstawili. Ponieważ jesteśmy wspólnotą rodzin, każdy mówił parę słów o swoich najbliższych. Matka czworga dzieci powiedziała, że to czwarte to Cygan, którego adoptowała, ponieważ bardzo przywiązał się do niej, gdy pracowała w domu dziecka. W jego osobowości dominowały cechy typowo cygańskie - musiałam walczyć o niego - mówiła. - Dzisiaj ma już 21 lat, odbywa służbę wojskową.

- Cieszę się, że jestem z wami, bo rzeczywistość stała się dla mnie ostatnio bardzo trudna - mówi mimo wszystko uśmiechnięta Basia.

- Jestem z wykształcenia architektem, mam trzech synów, zrezygnowałam z pracy zawodowej, aby wychowywać dzieci, bardzo pragnę, aby mój mąż uwierzył - opowiada jeszcze inna kobieta.

Na podłodze rozsypane obrazki, trzeba wybrać coś dla siebie i objaśnić wybór. Ewa i Krzyś podnoszą fotografię malutkiej uśmiechniętej dziewczynki - bo my spodziewamy się dziecka - objaśnia Krzysztof.

Ja wybieram krajobraz, puste zielone pola, a pośród nich szara, wiejska droga - to moja skłonność do nostalgii - w oddali zarys bliżej nieokreślonej budowli - to moje marzenia o zakonie kontemplacyjnym, powołanie, którego nie odkryłam w sobie do końca. Na dnie duszy wciąż noszę tę dziwną tęsknotę.

Ktoś inny wybiera krajobraz górski, bo tam wśród szczytów znajduje siebie.

Przygotowując nas do innych testów pani doktor mówi o dojrzałości psychicznej, podkreśla, że jej podstawą jest akceptacja samego siebie.

Miłość dojrzała - to dawanie tego, czym się jest, a nie tego, co się ma.

Duchowa dojrzałość polega na szukaniu prawdy, jest dążeniem do pełni miłości, do świętości, która według Matki Teresy z Kalkuty jest spełnianiem tego, co spełniać się powinno. Tych powinności jest wiele - odpowiada lekarz za pacjenta, rodzice za dzieci, małżonkowie za siebie. Ta ostatnia odpowiedzialność nie należy wcale do łatwych.

Następnie dostajemy karteczki, na których podane są cechy współmałżonka, z 25 trzeba wybrać pięć najważniejszych. Wybieramy je niemal jednogłośnie - umiejący słuchać i rozumieć drugiego, mający wspólny system wartości, chcący i umiejący rozwiązywać wzajemne konflikty, umiejący przebaczać i być wiernym.

Test - Czy umiem przebaczać? - zawiera pytanie - Czy sądzisz, że twój małżonek powinien ci zawsze wszystko wybaczyć? - Całość zamknięta cytatem: "Panie, daj mi cierpliwość, abym umiał znieść to, czego zmienić nie mogę, daj mi odwagę, abym umiał konsekwentnie i wytrwale dążyć do zmiany tego, co zmienić mogę i daj mi mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego".

Teraz, kiedy już uświadomiliśmy sobie, co ma stanowić o trwałości naszego małżeństwa, dzielimy się na cztery grupy i budujemy od fundamentów dom z karteczek, na których wypisane są cechy: miłość, wierność, wiara, seks, wzajemne zrozumienie, sprzeczka. Potem objaśniamy swoje wybory, najbardziej konsekwentnie swój wywód przeprowadza Krzysztof. On i Ewa są małżeństwem od siedmiu miesięcy, u nich jeszcze wszystko wynika wprost z miłości, nie skażone udawaniem, kłamstwem, podejrzliwością.

Dalsze lata małżeństwa sprawiają, że coraz to bardziej oddalamy się od siebie, ukochana osoba przestaje być centrum zainteresowania, z dziećmi, w miarę ich dorastania, też coraz trudniej jest się porozumieć. Jeżeli by doszło do takiego zawirowania, pomocna może stać się książka T. Gordona "Wychowanie bez porażek". Ważne jest, abyśmy umieli słuchać, bo jeżeli ktoś czuje się wysłuchany, czuje się akceptowany, słuchanie wyzwala myśli.

Przeszkodą w słuchaniu jest natychmiastowa rada, wtedy zaraz stawiamy siebie wyżej, jako tych, którzy wszystko wiedzą, może być odebrana jako zbagatelizowanie problemu. Metoda aktywnego słuchania wskazuje na życzliwy stosunek osoby słuchającej i sprawia, że mówiący otwiera się, czuje, że rozmówca chce mu pomóc.

Do ważnych spraw należy również umiejętność wypowiadania swoich życzeń. Im konkretniej przedstawia się je, tym większa szansa na ich spełnienie.

Na zakończenie jeszcze mały test skojarzeniowy - Moja rodzina jest jak ognisko przy którym można się ogrzać, źródło wody żywej, mocno ukorzenione i wrośnięte w ziemię drzewo, z którego można czerpać soki życiowe, ożywczy powiew wiatru.

Żegnamy się z żalem, bo pani dr Wójcikowa po raz ostatni prowadzi zajęcia w Brennej. Szkoda, bo oprócz wiedzy, którą tak ciekawie przekazywała, fascynowała swoją osobowością, w jej obecności czuło się wielki spokój i wewnętrzne uporządkowanie, i tak ważną chęć aktywnego słuchania każdego z nas z osobna.

Anna Majewska


UBI CARITAS...

Dr JOANNA SOBCZYKOWA - Uniwersytet Śląski

O Taize słyszałam dawno, jeszcze w latach szkolnych, była to jednak dla mnie bliżej nie określona rzeczywistość, kojarzona z bratem Rogerem, z młodzieżą, z Francją.

Od kilku lat stykałam się częściej z tymi, którzy tam byli (już nie młodzież), opowiadali swoje wrażenia - pełni zachwytu dla atmosfery tego miejsca, dla postaci i dzieła brata Rogera. Śpiewałam nawet pieśni, ostinata i kanony - w kościele, na pielgrzymce, podczas czuwania wielkopiątkowego u grobu Chrystusa - tak odmienne w swoim wyrazie od tradycyjnych polskich pieśni kościelnych i piosenek religijnych.

Postanowiłam wreszcie zrealizować swój zamiar pojechania tam (przybrał on już właściwie postać marzenia). Wybrałam się w lipcu autokarem, kursującym tam i z powrotem, wraz z innymi przypadkowo dobranymi osobami, z których większość stanowiła młodzież.

Byłam od niedzieli do niedzieli - pełny "turnus", który stał się dla mnie tygodniem wspaniałych rekolekcji.

Już pierwszego dnia po przyjeździe, kiedy nie wyspana i zmęczona niewygodami podróży poszłam do Kościoła Pojednania na popołudniową modlitwę, doznałam olśnienia: czterogłosowy, pełnobrzmiący śpiew olbrzymiej rzeszy ludzi, jednoczący wszystkich we wspólnej, a zarazem bardzo intymnej modlitwie sercem, głosem, pięknem oraz w liturgii Słowa. Poczucie więzi. Więzi w Chrystusie. Harmonia. Pojednanie... Pokój...

Wieczorem - Msza św. - dla przyjezdnych (była też jeszcze jedna - o późniejszej porze) - wszak to niedziela.

Zakwaterowanie (dla osób po trzydziestce) w czystych, schludnych, murowanych barakach z posadzką, światłem, łóżkami i materacami.

Następnego dnia zaczął się już normalny program zajęć: rano o 7.00 Msza św. dla wszystkich chętnych, potem modlitwa wspólnotowa śpiewana w kościele, śniadanie, o 10.00 wprowadzenie biblijne, potem spotkanie - wymiana myśli w małej grupie, chwila czasu na własną refleksję czy lekturę, o 12.00 modlitwa południowa, obiad, o 14.00 próba chóralnego śpiewu z siostrą (ćwiczyła też partie instrumentalne z grającymi w zaimprowizowanej orkiestrze), zwykle jeszcze jakieś spotkanie, znów chwila wolna, podwieczorek, czasem znów spotkanie "narodowe" lub "międzynarodowe", kolacja, a następnie modlitwa wieczorna - tym razem dłuższa, praktycznie - bez ograniczeń czasowych. Śpiew trwał czasami do późnych godzin nocnych. Można też było pozostać na cichej modlitwie własnej. Piątkowa adoracja Krzyża trwa przez całą noc i ma szczególny przebieg. To niezwykłe przeżycie.

Przed pierwszym poniedziałkowym wprowadzeniem biblijnym wszyscy dorośli zgromadzili się we wskazanym miejscu, które było też miejscem posiłków (namiot F) i podzielili się na małe grupy, około dziesięcioosobowe, umożliwiające wymianę myśli, rozważanie problemów podsuwanych przez brata biblistę i zawartych w liście brata Rogera "Zbudź się do radości". Wyglądało to tak, że każdy miał stanąć pod numerem odpowiadającym miesiącowi swego urodzenia. Stanęłam więc pod trójką i znalazłam się w towarzystwie kilku Polek, dwojga Belgów, Francuza, dwóch Hiszpanów, Angielki, Niemki i Algierczyka. Po pewnych, koniecznych korektach (m.in. chodziło o to, żeby w każdej grupie był ktoś znający język umożliwiający porozumiewanie się, najlepiej angielski) nasza "small group" przedstawiała się następująco: panie z Polski (oprócz mnie - dwie Urszule, Renata, Genia i Jadwiga; były wśród nich katechetki, psycholog, pielęgniarka); Michel - miły, siwy starszy pan z Brukseli, zajmujący się pracą z młodzieżą w strukturach kościelnych, Myriam - też z Belgii, Fransis - wydawca prasowy z Francji (był z żoną, ale ona należała do innej grupy) - bardzo wesoły; Dorota starsza pani z Niemiec, urzekająca swoim ciepłym uśmiechem, ewangeliczka - z żalem mówiła o tym, że oni nie przyjmują Ciała Jezusa, tak jak my - katolicy i jak jej mąż i troje dzieci, którzy wszyscy są katolikami!; Hiszpanie - o imionach Jose Maria, Jose Antonio i Joaqnin - po dwóch dniach okazali się księżmi franciszkanami - z południa Hiszpanii (Jose Maria z Cordoby); byli z młodzieżą, mówili po kastylijsku (na spotkaniu międzynarodowym mieli tabliczkę z napisem "Castigliano"); Algierczyk Diallo Issouf (z zawodu matematyk) był muzułmaninem; jego dziadek - chrześcijanin pod presją rodziny przeszedł na islam; pochodził z okolic, gdzie ludność muzułmańska sąsiaduje i zgodnie współżyje z chrześcijańską (podkreślał tu duże zasługi pewnego francuskiego misjonarza): muzułmanie np. modlą się w kościele katolickim - do Boga, który jest jeden. Diallo mówił, że Bóg jest dla niego Prawdą.

Porozumiewaliśmy się w języku angielskim, częściowo niemieckim (Michel z Hiszpanami po hiszpańsku i francusku). Wymiana myśli polega na słuchaniu siebie nawzajem. W innych grupach byli ludzie z różnych krajów, z całego świata: Litwini, Włosi, Słowacy, Węgrzy, Japończycy, Koreańczycy, Hindusi, Meksykanie, Murzyni z RPA. Podczas posiłków spotykałam ujmującą siostrę Alitę z Filipin, moją noclegową towarzyszką była Australijka.

Trzykrotnie nasza grupa pełniła dyżur przy myciu naczyń w kuchni - po kolacji. Takie spotkanie miało znów inne walory: tu ujawniały się nasze temperamenty towarzyskie, poczucie humoru - sytuacyjnego i słownego. Każdy z uczestników wspólnotowego pobytu w Taize w jakiś sposób włączył się do pracy dla dobra ogółu: już to przez pomoc przy sprzątaniu, myciu, już to przez pracę organizacyjną, administracyjną czy inną.

Nie wszyscy mieli ten sam typ zajęć w małych grupach. Inaczej wyglądały spotkania grup tzw. źródeł wiary, jeszcze inaczej - grup milczenia.

Spotkania biblijne, odbywane codziennie rano o 10.00, prowadził - z wielkim spokojem i skupieniem - brat Pedro. Mówił po angielsku, ale jego słowa w każdej grupie językowej ktoś tłumaczył; naszą tłumaczką była Magda. Rozważaliśmy przypowieść o synu marnotrawnym, zapisaną u św. Łukasza w rozdziale XV, codziennie, krok po kroku wydobywając niewyczerpane bogactwo sensu słów i myśli z nauki Jezusa o Bożym przebaczeniu, o Ojcu, który kocha tak jak Matka, jak to określiło kiedyś pewne dziecko z grupy dzieci, z którymi rozmawiał o tej przypowieści brat Pedro.

Dzieci też przyjeżdżają do Taize. Przyjeżdżają całe rodziny. Dzieci mają swoje własne zajęcia, w swoich grupach; zajmują się nimi najczęściej pełni temperamentu Hiszpanie - wspólnie spotykają Boga w radości, śpiewie, tańcu, pełnych życia zabawach i grach, w śmiechu i uśmiechu.

Na trzykrotnej w ciągu dnia modlitwie w kościele spotykają sia wszyscy. Dzieci gromadzą sią wokół brata Rogera. Śpiewamy Panu nową pieśń - w różnych językach, wśród których szczególną rolę spełnia łacina - tradycyjny język Kościoła i kultury chrześcijańskiej, uniwersalny, ponadnarodowy, jednoczący wszystkich.

"To dla mnie Ziemia Święta" - powiedziała mi dziewczyna, która już kilkakrotnie jeździła do Taize i brała udział w innych spotkaniach organizowanych w duchu tej wspólnoty. Zaprzyjaźniłyśmy się na kursie języka francuskiego. Zainteresował mnie ten język, w którym rozbrzmiewa piękna modlitwa śpiewana w Taize, język narodu, który podobno w pewnej części odszedł od Chrystusa. Osoba prowadząca nasze zajęcia, opowiadając nam o zsekularyzowanych obyczajach świątecznych Francuzów, zastanawiała się, czy tam ktoś jeszcze chodzi na pasterkę...

Życzenia świąteczne posyłałam w tym roku do wszystkich, których poznałam w Taize. Otrzymałam je również z Francji i Belgii, pełne dobra, ciepła i ducha Chrystusowego. Taize jest dla wszystkich. Jedźcie do Taize! Benissez le Seigneur!

Joanna Sobczykowa


Bajeczka ortograficzna

Opowiedziana połżartem minihistoryjka o wynalazcy Remigiuszu

Remigiusz był bezsprzecznie osobą znaną. Wszyscy w okolicy wiedzieli, kim jest ów bujnoczupryniasty, wiecznie rozczochrany, miedzianobrody rudzielec. Zawsze, na co dzień i od święta był on ubrany w czerwono prążkowany półgolf oraz blado-niebieskie dżinsy upstrzone przedziwnymi bohomazami. Jego ociężała sylwetka jednym mroziła, innym burzyła krew w żyłach. Jedno jest niewątpliwie pewne - nikt nie pozostawał wobec Remigiusza obojętnym. Ten miejscowy bogacz, spadkobierca horrendalnej fortuny, trwonił ją jak gdyby nigdy nic na swoje ekscentryczne hobby, na konstruowanie nikomu niepotrzebnych, do niczego nie nadających się urządzeń i przyrządów. Remigiusz bowiem, mimo iż był kompletnym antytalentem technicznym, żył w przekonaniu o sile swego intelektu i chlubił się wybitnością swoich niby-naukowych wynalazków. Raz po raz po Remigiuszowej głowie krążyła chmara niedorzecznych pomysłów, które starał się on w mig realizować w swoim laboratorium-warsztacie. Nie raz i nie dwa kończyło się to tragicznie. Nasamprzód okolicą, najczęściej po północy, wstrząsnął huk detonacji, po czym w niebo leciały różne elementy pracowni zwariowanego wynalazcy, wreszcie, na koniec czarnoskrzydłe ciemności nocy rozświetlała purpurowa luna pożaru. Sam sprawca tych nocnych fajerwerków półprzytomny ze zdenerwowania biegał wokół resztek swojej pracowni i swoim nad wyraz głośnym zawodzeniem tylko potęgował i tak już spory harmider. Wpółsenni sąsiedzi początkowo szczerze współczuli Remigiuszowi, a nawet pomagali mu uprzątnąć nie wygasłe jeszcze do końca pogorzelisko. Z czasem jednak, gdy nocne harce wynalazcy stawały się coraz częstsze, sąsiedzi zaczęli ze wstrętem spoglądać na tego niedowarzonego hurraoptymistę i życzyli mu ciągłego, koniecznie jednak cichuteńkiego, superpecha na technicznej niwie.

Danuta Krzyżyk


DZIWNY SEN

Wracając ze szkoły zobaczyłam na chodniku malutkie, błyszczące szkiełko. Podniosłam je i wzięłam do domu. Po obiedzie przypomniałam sobie o błękitnym szkiełku. Wyjęłam je z kieszeni fartuszka i położyłam na stoliku. Nagle szkiełko zaczęło zmieniać swoje barwy. Zdziwiłam się, ale obserwowałam je dalej. Naraz szkiełko przemówiło:

- Co to ma znaczyć? Gdzie ja jestem? Nie mogłam w to uwierzyć, ale postanowiłam porozmawiać.

- Znalazłam cię na chodniku, gdy wracałam ze szkoły i zabrałam do domu.

- Ale ty nie jesteś moim panem?

- Nie.

- Ja przybyłem z planety Jukatana wraz z moim panem. Beze mnie pan nie może wrócić na planetę, bo ja przenoszę istoty żywe w przestrzeń pozaplanetarną - wyjąkało szkiełko.

- Pan musiał gdzieś zgubić mnie, a teraz zginie sam - mówiło dalej szkiełko.

- Może więc poszukamy twojego pana? - spytałam

- Nie - odpowiedziało stanowczo szkiełko - uratowałaś mi życie, wiec muszę ci się odwdzięczyć.

Nad tą odpowiedzią zastanowiłam się chwilę.

 - A ty mógłbyś mi pokazać swoją planetę?

- To najprostsza rzecz - odpowiedziało szkiełko - jeśli chcesz znaleźć się się na mojej   planecie,   musisz   wziąć   mnie   w dłonie  i  głośno wymówić  nazwę  mojej

planety, a niedługo będziemy na miejscu.

Dziwne, pomyślałam, ale uczyniłam to, co zaproponowało szkiełko. Bardzo chciałam zobaczyć tą dziwną planetę.

I nagle chwila ciszy, dziwna przestrzeń, a w dole jakaś mała planeta.

- To Jukatana - objaśniało szkiełko - zaraz będziemy na miejscu.

Ucieszyłam się. Wkrótce stąpaliśmy po Jukatanie.

Była to dziwna planeta, pełna niebieskich, małych roślinek. Szkiełko głośno powiedziało coś po swojemu i nagle w naszym kierunku podjechał wielki pojazd o dziwnym kształcie.

- Teraz zwiedzimy planetę - zaproponowało szkiełko i ruszyliśmy.

Po drodze zobaczyłam dziwne urządzenia. Spotkałam też małe roboty, które ze zdziwieniem spoglądały na mnie.

- Niedługo  będziemy w  naszej  kosmoambasadzie - oświadczyło szkiełko - spotkasz się z naszym "kosmoprzywódcą". To spotkanie wyglądało dość dziwnie. Sam wygląd kosmoprzywódcy wzbudził we mnie uśmiech. Był gruby, o dużej głowie, prostokątnym nosie, kwadratowych nogach i wyrażał się dość dziwnie. Na początku zaprosił mnie na "kossok" - podał mi go miły robocik.

- Ju - powiedział podając.

Nie zrozumiałam go, ale odpowiedziałam:

- Dziękuję.

Sok był wyśmienity, ale niezwyczajny. Jego smak był nie do określenia. Potem "kosmoprzywódca" omówił ze mną sprawy narodowe. Opowiedziałam mu o naszej Ziemi, o naszych problemach w domu i w szkole, on natomiast opowiedział o swojej planecie.

Nagle usłyszałam głos błękitnego szkiełka:

- Na nas już czas, pora wracać do domu.

Zmartwiłam się tym, bo czas tak szybko przeminął. Chciałam jeszcze dłużej zabawić na Jukatanie, ale niestety musiałam wracać do domu. Pożegnałam się z robocikami i z "kosmoprzywódcą". Wzięłam szkiełko w dłonie i powiedziałam:

- Ziemia.

W tym momencie obudziłam się i zrozumiałam, że to był tylko dziwny sen. Sen był wspaniały, a w następną noc przyśniło mi się, że szkiełko powróciło do mnie, a ja zaproponowałam całej klasie wycieczkę w kosmos, i tak z całą klasą wybrałam się na Jukatanę, ale niestety sen znowu się skończył, a następnego już nie było.

Barbara - lat 12


MIŁOŚCI TRZEBA SIĘ UCZYĆ

Trwa drugi dzień XVIII Międzynarodowego Kongresu Rodziny, sala Kongresowa wypełniona po brzegi, przeważa młodzież, bo to jej dzień. Młodzi przybyli tu z różnych stron świata, aby dzielić się swoimi przeżyciami, zamanifestować wspólnotę czystych serc i myśli.

Paul Lauer pochodzi z Los Angeles, jest redaktorem pisma młodzieżowego "You". Jako nastolatek szukał szczęścia w narkotykach, był kilkakrotnie aresztowany, za włamania rabunkowe do mieszkań. Grał na gitarze w zespole rockowym oraz kolekcjonował numery telefoniczne atrakcyjnych dziewcząt. Po tym wszystkim przyszedł jednak czas, kiedy zaczął szukać głębszego sensu życia i prawdziwego szczęścia. Interesował się mistycyzmem, medycyną i jogą. Duchowo czuł się jednak dalej pusty, szukał czegoś więcej, wybrał scientyzm chrześcijański, wreszcie zaczął chodzić do kościoła i czytać Biblię. W tym czasie zmarła jego babcia, praktykująca katoliczka, zostawiła mu medalik Matki Bożej, który nosił na jej pamiątkę. Narażało go to na złośliwe uwagi kolegów, nie przejmował się tym. Być katolikiem - ta myśl zawładnęła całą jego osobą. Zdecydował się pójść do spowiedzi. Dla umocnienia wiary, zagłębienia się w świętości wyjechał na pustynie, gdzie prowadził bardzo surowe życie. Po dwu latach wraca do Los Angeles, redaguje "You". Poprzez to czasopismo pragnie dzielić się z młodymi ludźmi największym skarbem, jakim jest katolicka wiara.

Teraz stoi przed rzeszą młodych w Warszawie i opowiada wstrząsającą historie o aborcji dokonywanej w późnym okresie zaawansowanej ciąży, wyjmuje się kolejno nogi, ręce, tułów, wszystko w celu ponownego wykorzystania ludzkiej tkanki - to nowy holocaust - mówi Paul. Ludzie nie chcą się przyznawać do tego, co się dzieje. W latach sześćdziesiątych próbowali przeprowadzić ewolucję seksu i narkotyków, i to nie udało się, tak jak nie udał się komunizm. Polska wyzwoliła się z komunizmu, ale stała się krajem zniewolonym ku nowej rzeczywistości. Teraz kiedy dokonaliście wyboru waszej przyszłości, waszego przeznaczenia, musimy razem przeciwstawić się śmierci! Musimy zmienić świat! Tak jak Maria zmieniła świat, bo powiedziała Bogu - tak. Nieprawdą jest, że to wy macie uczyć się od Zachodu i patrzeć na nas, to my patrzymy na was, nie poddajcie się kłamstwu, bo tu macie rodzinę, młodość i to my patrzymy na was! - po tych słowach zrywa się burza oklasków. Paul kieruje kolejną prośbę do Polaków:

-  Prowadźcie nas dalej!  Macie przywódcę, lidera świata - Papieża, który prowadzi was we właściwym kierunku. Polsko, proszę powiedzieć tak! To od was zależy, jaki kurs historii podejmiecie. Wszyscy ludzie na całym świecie musimy się zjednoczyć! Każdego dnia trzeba się wyzwalać od zła, przezwyciężać nałogi. Przez codzienne powstawanie możemy tworzyć nową rzeczywistość i pociągać za sobą innych. Każdy z nas ma swoje osobiste nałogi, o których ktoś inny może nie mieć pojęcia. Nie marnujcie tętniących życiem swoich lat młodości - cokolwiek posiadacie - wykorzystajcie do działania, do czynienia dobra".

Najbardziej wstrząsający moment wystąpienia następuje wtedy, kiedy Paul zwraca się do tych wszystkich, którzy chcieliby zachować czystość aż do dnia ślubu. Las rąk podniesionych do góry oznaczał - tak - dla czystości przedmałżeńskiej, czystości, która wyzwala, która ma być darem dla osoby, z którą ma się pozostać do końca życia.

Wystąpienie Paula kończy się, emocje nie opadają, zdaje się jakby ten dialog serc wciąż trwał. Pozostaje pytanie, ilu młodych dotrwa w swoim postanowieniu, zdoła pokonać trudności, słabości i nietolerancję? To wszystko zależeć będzie od nas samych, naszej siły, wierności Bogu i człowiekowi. Czy potrafimy przekazać piękne przesłanie innym, tym którzy nie mogli uczestniczyć w kongresowych obradach? I to jest zadanie na już i teraz.

Anna Majewska 


Kiedy myślę o Mateuszu, przed oczyma staje mi ciągle i niezmiennie pewien obraz.

Wchodzimy na Polski Grzebień w zimny, choć słoneczny październikowy dzień. Miejscami trzymamy się mocno łańcucha, jest ślisko. Burczę na Mateusza, że dzień nie jest odpowiedni na naszą wycieczkę, ale on mnie nie słucha, prawie nie słucha, bo jednak mi odpowiada:

- Są dni, a czy są odpowiednie, czy nie, sama decydujesz. Ty musisz się nauczyć stać w życiu mocno na nogach. Znaleźć swoje miejsce i iść w nie uważnie, tak jak po tej skale.

- Gierlach mienił się w słońcu tysiącami barw fioletowogranatowych.

Zapatrzyłam się na szczyt, nie zwróciłam uwagi na jego słowa.

Ufałam mu. Słowa były mało ważne. Tak samo było wtedy, gdy po dwu latach składaliśmy sobie przysięgę małżeńską. Fascynowała mnie jego rozmaitość zainteresowań i upór w dążeniu do celu. Teraz o Mateuszu prawie nie myślę, a jeżeli już tak jest, to w rozgoryczeniu przypomina mi się tamta scena.

Kiedy urodziła się nasza pierwsza córka Elżbieta, Mateusz był szczęśliwy, tak też było, gdy urodziła się Agnieszka. Dzieci szybko podrastały, on zdobywał pieniądze, ja dbałam o dom.

Święte także były nasze pobyty w operze. Oboje byliśmy pod tym względem maniakami. Idąc do opery przemieniałam się w damę. Mateusz tak chciał, a ja lubiłam eleganckie stroje. Rzadko zastanawiałam się nad przyszłością, nie spieszyło mi się do pracy. Od czasu do czasu mogłam sobie pozwolić na realizację zleceń w domu. Zawód artysty plastyka pozwalał mi na to. Jednak ...

Gdy teraz myślę o Mateuszu, tamta scena spod Polskiego Grzebienia staje się bardzo żywa, a ja dodaję w myślach - goryczy w życiu człowiek spija za wiele.

Zachorowałam, ciężko, było pewne, że leczyć się będę długo, właściwie do końca życia, zresztą ono stało pod olbrzymim znakiem zapytania. Elżbieta miała wówczas 7 lat, a Agnieszka 5.

Po prawie rocznym z małymi przerwami pobycie w szpitalu wiedziałam, że Mateusz ma już kogoś innego. Dość szybko podjął też męską decyzję. Któregoś dnia oświadczył rzeczowo:

- Wyjeżdżam do Kanady. Nie bój się, zabezpieczę dzieci finansowo.

Gdybym w tym momencie podchodziła na Polski Grzebień, nie utrzymałabym się nawet łańcucha.

- Mateusz? - nie wierzyłam w jego słowa. - Mówisz dziwnie. To nie jest mój język.

- Wszystko już załatwione. Wiesz, ja sądziłem, że wszystko ułoży się inaczej.

- Inaczej?  To znaczy brałeś pod uwagę ewentualny mój pogrzeb?

Mateusz milczał. Za chwilę zaczął pakować swoje rzeczy. Siedziałam w fotelu i błagałam Boga o śmierć. Leciałam w przepaść i leciałam. Tego wieczora Mateusz, jeszcze on, wzywał pogotowie. Ostatni raz. Innego pożegnania nie było. Z dziećmi rozmawiał długo i za to byłam mu wdzięczna.

Po wyjeździe mojego "męża" stałam się skałą. W większości "przykuta" do łóżka, stawałam mocno na nogach, wchodziłam w życie. Na szczęście istnieją ludzie, którzy są chętni służyć innym. Tych mi nie zabrakło. Dzięki nim prowadziłam dom, opiekowałam się dziećmi. On, tak jak obiecał, przysyłał pieniądze, w tym był niezawodny. I żyłam, ciągle żyłam, ku zdziwieniu własnemu i wielu innych osób.

Jaką byłam matką?

Po wyjeździe Mateusza zwariowaną. Chroniłam moje córki przed wszelkimi przeciwnościami. W moim domu nie wolno było mówić o chorobach. Starałam się, aby moje córki miały wszystko - modne ubrania, ciekawe wakacje, dobrą rozrywkę.

Swoje osiemnaste urodziny Elżbieta czciła wraz z przyjaciółmi w lokalu. Starałam się, aby mną się jak najmniej zajmowały. Są przecież młode, muszą mieć swoje życie, własny świat. Na każdą niedzielę i święta wyjeżdżały do babci. Przywykłam być sama. One stworzyły sobie własne życie. Zawsze wracając ze szkoły do domu zamykały się w pokojach, rzadko pytały, jak się czuję? Było mi przykro, lecz czy mogłam wymagać, by moje dzieci współuczestniczyły w mojej chorobie?

Któregoś dnia Elżbieta przyszła ze swoim chłopcem, nie przedstawiła mi go. Połykałam łzy. Chłopiec został na noc. Przywołałam Agnieszkę chcąc się dowiedzieć, kim jest ten "pan" w pokoju Elżbiety, ale ta odpowiedziała zdawkowo:

- My już jesteśmy dorosłe, nie powinno to ciebie obchodzić.

Świat moich córek i mój był zupełnie odmienny. Oba twarde, okaleczone, ale inne.

Nazajutrz sprowokowałam rozmowę z Elżbietą. Odgrodziła się ode mnie murem milczenia. Nie odpowiedziała na pytania z wyjątkiem jednego. Powiedziałam jej, że dokąd ja za nią odpowiadam, nie życzę sobie obcych w moim domu.

- Ja nie wiem, kto tu jest obcy? - odwróciła się i wyszła starannie zamykając za sobą drzwi. Czasami myślę, że to we mnie jest coś takiego, dzięki czemu tracę   najbliższych. To jednak nie było to najgorsze. Nagle otrzymałam list od Mateusza. Przyjeżdżał, aby zakończyć sprawy rozwodowe. Pisał: skoro tak się wszystko

poskładała, trzeba to wreszcie raz skończyć. Muszę ułożyć sobie życie, przyrzekłem to komuś. Nasze córki są już dorosłe, będę jednak nad nimi czuwał, dokąd się nie usamodzielnią...

Przyjeżdżam dnia... termin rozprawy w sądzie... Pozdrawiam...

Nawet się cieszyłam z jego przyjazdu, bo chociaż już się wszystko we mnie wypaliło, to jednak pragnęłam go zobaczyć. Może chciałam spojrzeć po raz ostatni w przeszłość, by raz na zawsze odciąć się od tego wejścia na Polski Grzebień.

Przed przyjazdem ojca dziewczynki wyprowadziły się do teściowej bez słowa wyjaśnienia. Przyjaciele nie szczędzili mi słów otuchy. Poeci wymyślili metaforę, że "można żyć bez powietrza". Według wszelkich prawideł fizyki - nie można, ale ja uważałam, że można. Przez parę dni dusiłam się, ale potem ... aż do rozprawy... Żyć? Cóż to naprawdę znaczy? Mateusz uśmiechnął się do mnie życzliwie.

- Wzywam na świadka, córkę powódki, Elżbietę S...

Elżbieta szła wyprostowana, piękna, dumna, moja śliczna córka, wychuchana i zimna, chyba kamień ma więcej czucia... - nie wolno mi tak myśleć o mojej córce. Potem głośno i wyraźnie powtarzała słowa:

-...przysięgam, że będę mówić prawdę i tylko prawdę...

Gdybym mogła poruszyć się o własnych siłach, uciekłabym z tej sali, ale ja musiałam liczyć na innych.

- Chciałabym powiedzieć - moja śliczna córka uśmiechnęła się do sędziego - że mama nie troszczyła się o nas z siostrą, często byłyśmy głodne, nie miałyśmy warunków do nauki, w domu ciągle pełno było jakichś ludzi, właściwie to nie był dom, lecz poczekalnia. Mama bez powodu robiła awantury...

A jednak nie można żyć bez powietrza... taka myśl jeszcze zakołatała mi w głowie, a dalej nie pamiętam, co się działo.

Ewelina (nazwisko i adres znane redakcji)


Czytelnicy piszą

Nie znałam swojej rodziny

Był piękny niedzielny poranek. Wokoło mnie panowało zamieszanie. Ciocia z babcią przygotowywały się na piękną uroczystość.

- Magda, a ty nie pójdziesz z nami na Mszę prymicyjną naszego nowo wyświęcanego kuzyna Zbyszka? - zagadnęła babcia.

- Chyba nie pójdę, zostanę w domu -przecież i tak nikogo tam nie znam. Nawet Zbyszka tylko widziałam kilka razy, kiedy był jeszcze diakonem.

- To poznasz! - obruszyła się ciocia

Chcąc nie chcąc musiałam iść, by nie sprawić zawodu babuni i cioci - chociaż prawdę mówiąc, skrycie marzyłam, żeby zobaczyć tę śliczną uroczystość, bo nigdy jeszcze na takiej nie byłam.

Gdy znalazłam się przed drzwiami kościoła, zobaczyłam, że wszyscy ludzie stoją na zewnątrz.

Pewnie czekają na prymicjanta -pomyślałam. I rzeczywiście w tej samej chwili na progu plebanii pojawił się Zbyszek w przepięknej asyście: ministrantów, księży, ks. proboszcza i oczywiście swoich rodziców. Z całą asystą wszedł do kościoła witany śpiewem oaz i chóru kościelnego. Pierwsze, kroki skierował do ołtarza i po raz pierwszy w życiu odprawił swoją mszę. To było piękne i niezapomniane przeżycie, gdy uroczyście wobec Boga i wszystkich zgromadzonych składał podziękowania:

rodzicom - za trud wychowania, bratu - za wspólnie spędzone chwile, nauczycielom za ukazanie Boga, kapłanom za poprowadzenie go ku Bogu, oazie pięknie śpiewającej i chwalącej Boga i Maryję, siostrom zakonnym i parafianom.

Na długo ten moment zapadł mi w pamięci, był tak szczery i pełen miłości, że słuchając tego uroniłam kilka łez. Nigdy nie zapomnę tych słów. Po całej tej przepięknej uroczystości najbliższa rodzina, znajomi, krewni zostali zaproszeni na "skromny poczęstunek".

"Skromny" dlatego, ponieważ nie było napojów alkoholowych, jak to jest na wszystkich przyjęciach i wtedy przyjęcie uznane jest za bogate. Każda impreza mogąca być piękna na swój sposób zostaje zdominowana niewinną buteleczką. Chciałabym dodać, że do szczęścia, do dobrej zabawy wcale, a wcale nie trzeba alkoholu. Bawić można się również dobrze bez niego.

Na tej zabawie bawiłam się bardzo dobrze w otoczeniu księży, sióstr zakonnych, młodych małżeństw oazowych i dzieci. Na początku myślałam - co ja tu robię? Przecież ja nikogo tu nie znam. Czułam się nieswojo do czasu, gdy ciocia zapoznała mnie z ks. Zbyszkiem. Byłam bardzo zadowolona i dumna, że mam w rodzinie tak ważną osobowość - księdza. Poznałam również koleżanki i wraz z nimi, i wcześniej wspomnianym gronem zabawa zaczęła się na całego.

Naprawdę było bardzo fajnie i nie żałuję wcale, że poszłam na tę uroczystość. Pomimo różnicy wieku wszyscy dobrze się bawili i byli zadowoleni tak samo jak ja.

Magda


Rocznica ślubu

Kilka lat temu w 1988 roku przebywaliśmy z przyszłym mężem na rekolekcjach studenckich. Wspaniały nastrój, niepowtarzalne chwile, namiastka nieba, tak wysoko, na szczycie góry, daleko od codzienności. W tym wszystkim my dwoje próbujący poukładać nasze przyszłe życie. Znaliśmy się od roku, ale dopiero tam po raz pierwszy pojawiło się pytanie: czy chcemy być razem na dobre, złe, na zawsze...

Dwa trudne tygodnie. Czas upływał na modlitwie i długich rozmowach. Analizowaliśmy różne scenariusze naszych przyszłych losów. Przeprowadzaliśmy prawie że "rozkład" naszych charakterów na czynniki pierwsze. Wydawało mi się wówczas, że straciliśmy wiele czasu na takie "gdybanie", wyobrażanie. Myślę jednak, że nie był to czas stracony. Te absurdalne niemal wnioski doprowadziły nas do jasnej i niepodważalnej oczywistości: przecież my nie możemy nie być ze sobą! Z tym przekonaniem schodziliśmy ze szczytu. Byliśmy spokojni i szczęśliwi.

W pewnym momencie potknęłam się o gałąź. Podniosłam ją, połamałam, a następnie złożyłam na kształt krzyża. Zabrałam go ze sobą. Nie przypuszczałam, że ten krzyż będzie tak bardzo związany z naszą miłością.

Do ślubu przygotowywaliśmy się rok. W czasie wspólnych spacerów ustalaliśmy nasze cele, plany, zastanawialiśmy się, które z naszych marzeń można urealnić. Oboje nawzajem przedstawialiśmy sobie obraz żony, męża, a następnie weryfikowaliśmy i próbowaliśmy dopasować do nas samych. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak bardzo różnią się nasze charaktery i jak trudno nam będzie znaleźć pewne kompromisy. Wypowiedziane przez nas wtedy "uchwały" obowiązują cały czas. Myślę, że takie wspólne ustalenie reguł jeszcze w okresie narzeczeństwa bardzo pomaga małżonkom, zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych.

Tym co w naszym związku jest najważniejsze, to całkowite oddanie każdego problemu Bogu, wiara, iż Jego wola jest dla nas podstawą miłości. Ta prawda jest pierwszą cegiełką w fundamencie naszego wspólnego domu. Jest to element, który łączył nas od początku, to płaszczyzna dalszych relacji między nami. Na tej właśnie bazie budowaliśmy obraz naszej przyszłej rodziny.

Nasz krzyż pomagał nam wtedy w wielu sytuacjach. W noc poprzedzającą ślub modliłam się przed nim. Zaprosiliśmy Chrystusa do naszej wspólnoty małżeńskiej 30 września 1989 roku. Przed nim modliliśmy się po pierwszej kłótni, kiedy nie mogliśmy znaleźć rozwiązania. Wtedy gdy życie naszego poczętego dziecka było zagrożone. Mąż modlił się słowami dziękczynienia wtedy, gdy nasz syn przyszedł na świat, a dwa lata później nasza córeczka. Nasza miłość się zmienia, dojrzewa, zaskakuje nas samych.

Beata


Warto przeczytać

Jak trudno zmienić cokolwiek w naszym życiu, wie każdy z nas. Przyzwyczajamy się do własnych czynów, słów, myśli i mimo silnych postanowień w dalszym ciągu postępujemy tak, jak faktycznie nie chcemy. Dopiero silne przeżycie czy głęboka refleksja pomagają nam dokonać zmiany w nas samych. Książka Pierre Lefevre'a "Jak zmienić swe życie?" zawiera 100 krótkich opowiadań z życia różnych ludzi. Opowiadania są ujęte w dwie części - "Być człowiekiem" i "Być chrześcijaninem". Ich lektura stwarza okazje do głębszego zastanowienia się nad życiem. Własnym życiem. Poczytajmy.

Pierre Lefevre, Jak zmienić swe życie? Wyd. "W drodze", Poznań 1993

Helena


Upajały mnie po prostu ta łatwość przenoszenia się ze środowiska do środowiska - z jednoczesnym zachowaniem stosunku człowieka podróżującego, to znaczy oglądającego otaczające życie jak jakiś olbrzymi spektakl. W tej teatralności podróży, moim zdaniem, zawiera się największy jej urok, przemieniający ją w zjawisko artystyczne. W napotykanym życiu, które dostrzegamy z niezwykłą czujnością, zaostrzoną przez podniecenie, nie bierzemy żadnego czynnego udziału, jak w komedii widzianej na scenie, a przecież wciągamy sią w to życie całą wewnętrzną swoją istotą, oglądamy je, przeżywamy - i może właśnie wtedy najbardziej czujemy, czym ono jest, kiedy w ten sposób kontemplujemy bezinteresownie. ... Niejednokrotnie opisywałem wędrowanie i zapewne jeszcze opisywać je będę - mam wrażenie, że potrafię to, a w każdym razie sprawia mi wielką przyjemność pisanie o niewyrażalnym uroku ziemi. Niewyrażalnym - bo przecież zdaję sobie sprawę, że żadne słowo, tak samo jak żaden pędzel, jak żaden aparat fotograficzny, nie potrafi oddać tego, czym jest nastrój pewnych pejzaży, pól, pewnych dni i pogód.

Jarosław Iwaszkiewicz: "Księga moich wspomnień".


[archiwum 1989] [archiwum 1991] [archiwum 1992] [archiwum 1993] [archiwum 1994]

 [archiwum 1995] [archiwum 1996] [archiwum 1997] [archiwum 1998] [archiwum 1999]

[strona główna] [adres] [e-mail] [książki]