LIPIEC 1994

 


 

SPIS TREŚCI:

 

Uświadamiać i wychowywać - Henryk

Wychowanie do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej - dr Stanisława Mielimąka

Lipiec tego roku nie szczędził słońca - Barbara Pytlos

Pochodzę z ośrodka wychowawczego...

Warto przeczytać - Barbara

Powiernik nastolatków - Helena

Pewnego dnia - Alina

Długie oczekiwanie na macierzyństwo - Antoni Bochniarz

Różaniec z granatów (IV) - Ksawery Prószyński

Bajeczka ortograficzna - Danuta Krzyżyk

Czytelnicy piszą

 


 

UŚWIADAMIAĆ I WYCHOWYWAĆ

Różne są odpowiedzi rodziców na pytania dzieci o to, skąd się biorą dzieci:


"Mama ma pod brzuszkiem taką dziureczkę - taką kieszonkę życia. Tatuś ma na dole swego brzuszka taki kranik. Jak dwoje ludzi się kocha, chcą mieć dziecko, to tatuś się przytula do mamusi. Kranik przytula się do tej dziureczki i od tatusia wypływają takie malutkie plemniczki, i spotykają się z jajeczkiem, i z tego powstaje dziecko."
"Jest to bardzo trudne do wyjaśnienia. To tak trudne, jak to, gdy miałbym ci w tej chwili wyjaśnić działanie samochodu czy jego budowę ... dowiesz się, jak będziesz się uczył w szkole."
"Ciąża to jest taki stan, kiedy mamusia nosi dziecko w brzuszku, które staje się coraz cięższe i po pewnym czasie waży nawet przeszło trzy kilogramy. Ludzie dorośli nazywają ten stan ciążą - od ciężaru."
"Kiedy już dziecko ma się urodzić, mama idzie do szpitala. Pan doktor robi mamusi operację, rozcina mamusi brzuszek. Przedtem jednak musi mamusię uśpić, żeby ona nie czuła bólu."
"Kiedy przychodzi czas porodu, mamusia ma bardzo silne bóle. W szpitalu przez dużo godzin jeszcze bardzo cierpi. Po czym, jeżeli już jest przygotowana do porodu, pan doktor rozcina mamusi brzuszek. Sam moment rozcinania jest bardzo przykry i istnieje obawa o życie mamy i o życie dziecka. Mamusia przeważnie wtedy nie myśli o sobie. Potem się to kończy i jest bardzo dobrze. Ty jesteś zdrowa i ja. Cieszymy się z ciebie, i tatuś, i ja."
 

Można podjąć dyskusję o poprawności przytoczonych wypowiedzi:
- rzeczowej: czy zawsze musi być rozcinany brzuch?
- językowej: dlaczego "kranik" a nie "prącie"?
- atmosfery uczuciowej: czy należy tak bardzo podkreślać cierpienie matki przy porodzie?
Można się też zastanowić: czy rzeczywiście matka i ojciec winni uświadamiać swoje dzieci, czy nie lepiej pozostawić to specjalistom?
Cokolwiek rodzice mówią swoim dzieciom, to zawsze musi być prawdziwe. Dotyczy to również zagadnień związanych z początkiem życia. Dostarczenie dziecku błędnych informacji naraża je bowiem na ośmieszenie przed kolegami. Autorytet rodziców słabnie. Może się zdarzyć, że przy kolejnych wątpliwościach dziecko nie zapyta już rodziców, ale będzie szukało informacji na własną rękę.


Dobrze jest pokazać dziecku, że matka czy ojciec czerpią informacje ze swojego doświadczenia. Przykładem może być wypowiedź matki z Księgi Machabejskiej: "Synu... w łonie nosiłam cię przez dziewięć miesięcy, karmiłam cię mlekiem przez trzy lata, wyżywiłam cię i wychowałam aż do tych lat" (Mch 7,27-28).
Optymalną sytuacją jest taka, kiedy rodzice mogą w sposób szczery powiedzieć o sobie swojemu dziecku, że pragnęli go jeszcze przed narodzeniem: "Zanim się urodziłeś, najpierw poznałem/łam i pokochałem twoją mamusię (twojego tatusia), a potem oboje zapragnęliśmy mieć dziecko, by móc je razem kochać". Tak oczywiście można powiedzieć tylko wówczas, kiedy dziecko rzeczywiście było chciane. W sytuacji bowiem niemiłego zaskoczenia, kiedy dziecko było nieplanowane i wręcz niechciane, wypowiedź taka mogłaby zabrzmieć nieszczerze i wzbudzić zaniepokojenie w samych rodzicach, które przez dziecko zostanie dostrzeżone i skojarzone z omawianym tematem.


Zażenowanie w trakcie uświadamiania seksualnego może być spowodowane pewnymi skojarzeniami: uczuć i zachowań seksualnych. Jeśli zachowania seksualne są lub były nieprawidłowe, wywołują u rodziców poczucie winy. Wówczas mówienie o zagadnieniach związanych z seksem może wzbudzić zawstydzenie, co udzieli się też uświadamianemu dziecku. Ono samo może odczuć, że seks jest czymś wstydliwym. Może to doprowadzić do tego, że przestanie ono pytać o te sprawy rodziców, którym swoimi pytaniami sprawia kłopot.


Okazuje się więc, że powodzenie uświadomienia seksualnego swojego dziecka w dużej mierze zależy od własnych zachowań związanych ze sferą seksualną. Jeśli radość życia seksualnego jest zakłócona przez poczucie winy, trudniej będzie na ten temat mówić z dzieckiem. Dochodzimy więc do tego, że uświadamianie seksualne dziecka jest okazją do przemyślenia postawy wobec zagadnień związanych z seksem. Może dlatego też wielu rodziców ucieka od tego tematu, bo im samym ta sfera wymyka się spod kontroli i "idą na żywioł". W rezultacie nie rozmawiają na te tematy ani między sobą, ani z dziećmi.


Rozmowy na tematy związane z przekazywaniem życia i w ogóle związane ze sferą seksualną, jeśli są prowadzone przy braku przemyślanego i świadomie uznanego systemu etycznego, dotyczą zagadnień związanych z techniką współżycia i przekazywania życia. W publikacjach daje to o sobie znać w ten sposób, że już na samym początku ukazuje się obrazki czy zdjęcia kobiety i mężczyzny z wyakcentowaniem ich genitaliów. Cała sprawa jest więc sprowadzona do biologii, podczas gdy jest to jedynie fragment tego, co nazywamy uświadomieniem: seks odarty z miłości.


W tym kontekście należy jasno powiedzieć, że uświadomienie seksualne oznacza przede wszystkim usensownienie seksu. W przypadku dzieci oznacza to: "ponieważ jesteś dziewczynką, to znaczy, że możesz zostać mamą"; "skoro jesteś chłopcem, to znaczy, że możesz zostać ojcem". W ten sposób ułatwiamy dziecku wytworzenie się w nim skojarzenia seksu z rodzicielstwem. A zarazem dotykamy głównego kryzysu, jaki przeżywa wielu młodych ludzi "chodzących ze sobą", a również wiele małżeństw i rodzin.


Mówiąc o funkcji rozrodczej seksu chciałbym podkreślić wyrażenie: "możesz zostać ojcem", "możesz zostać matką". Jest tu wiec zaakcentowany element wyboru, wolności. Seks i wolność są ze sobą złączone. Nie trudno domyślić się, że są zestawione ze sobą jako zadanie, bowiem na samym początku akurat jest odwrotnie:
popęd seksualny zdaje się być jakby zaprzeczeniem wolności. Właśnie ze względu na trudność sterowania nim, wielu ludzi uważa, że jedynie słusznym wyjściem jest poddanie mu się - zwane lepiej zaspokojeniem go, tak jak zaspokaja się jakikolwiek inny głód, a to co można jedynie zrobić, to zabezpieczyć się przed "niepożądanym skutkiem", czyli dzieckiem. Konsekwencją takiego myślenia - a dokładniej: postawy wobec życia - jest wymyślanie i uczenie coraz nowszych technik tzw. bezpiecznego" seksu. Stąd też uświadamianie seksualne starszej młodzieży ma nierzadko charakter instruktażu technicznego, jak korzystać ze środków antykoncepcyjnych.


Temu dosyć ponuremu obrazowi "uświadamiania seksualnego" chciałbym przeciwstawić "wychowanie pro-rodzinne", które z korzyścią dla procesu wychowawczego znajduje swoje miejsce w szkole. Jest to odpowiedź na zarządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 18 sierpnia 1993 r. w sprawie szkolnego programu nauczania obejmującego wiedzę o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia poczętego i środkach świadomej prokreacji. Za wychowanie prorodzinne odpowiedzialni są wychowawcy klas, a także nauczyciele biologii z higieną i ochroną środowiska, historii, geografii, języka polskiego, wiedzy o społeczeństwie, wychowania fizycznego oraz języków obcych: "Wychowawcy klas są zobowiązani do zapoznania rodziców uczniów z planem realizacji programu oraz wysłuchania ich uwag i opinii".


Z Zarządzenia Ministra wynika więc, że szkoła w dziedzinie wychowania chce pełnić funkcję służebną w stosunku do rodziców, którzy są pierwszymi wychowawcami swojego dziecka. W sposób pośredni zarządzenie to jest więc skierowane również do rodziców, przypominając im, że ich obowiązkiem jest nie tylko posyłać
swoje dziecko do szkoły i płacić na szkoły, ale również współpracować ze szkołą w wychowaniu.


Uświadamianie seksualne dokonywane przez rodziców ma ogromne znaczenie dla kontaktów pomiędzy rodzicami a dziećmi w ogóle. Od strony diagnostycznej relacji rodzinnych ma ono takie znaczenie, że pozwala zorientować się, czy dziecko ma do rodzica zaufanie. Każde dziecko w pewnym okresie życia zainteresowane jest tematem powstania życia. Jeśli wiec rodzice nie usłyszą od swojego dziecka takich pytań, to powinni wiedzieć, że brak pytań dotyczących tej dziedziny życia nie oznacza braku zainteresowania nią dziecka, ale o braku zaufania. W konsekwencji dziecko nie będzie się zwracało do swoich rodziców również w innych ważnych sprawach życiowych.


Uświadamianie seksualne bywa też nazywane wtajemniczaniem. Wtajemniczanie oznacza też dopuszczenie - obwieszcza niejako, że ten ktoś został uznany za godnego przyjęcia tej ważnej informacji. Uświadamianie seksualne jest więc wprowadzaniem w dorosłość. Oczywiście droga jest bardzo daleka od momentu, kiedy dziecko zaczyna pytać o tajemnicę początków życia do pełnej dorosłości. Ważne są tutaj jednak relacje osobowe, jakie wytwarzają się między rodzicem a dzieckiem. Chodzi więc o to, ażeby dziecko stopniowo coraz bardziej było traktowane dorośle. A być traktowanym dorośle oznacza też: być szanowanym, mieć prawo do informacji, być pytanym o swoje zdanie, uczucia, mieć przynajmniej w małym zakresie prawo do własnego decydowania o sobie.


Zakres tych wszystkich uprawnień powinien stale się powiększać, ale też temu powiększaniu się uprawnień powinno towarzyszyć zwiększanie się odpowiedzialności. I tutaj dotykamy kolejnego elementu uświadamiania seksualnego, a mianowicie: kojarzenia zachowań seksualnych i dorosłości z odpowiedzialnością. Chodzi przede wszystkim o odpowiedzialność za osobę, dlatego że w przyszłości z rozpoczęcia życia seksualnego może powstać nowa osoba. Stąd też wychowanie seksualne ma być przygotowaniem do przyjęcia tej osoby. A ponieważ dokonuje się ono przy współudziale partnera - drugiej osoby - pierwszorzędne znaczenie będzie miała również odpowiedzialność za przyszłego partnera seksualnego. Partner nie może więc być środkiem do celu, chociaż sam cel, czyli zrodzenie potomstwa, może być bardzo szlachetny. Podobnie też małżeństwo nie może być traktowane jedynie jako sposób na założenie rodziny.


Małżeństwo, a w nim i współżycie seksualne, ma wartość dla samych małżonków. Dlatego w biblijnym opisie stworzenia człowieka najpierw padło stwierdzenie: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2,18), by następnie stać się jedno i otrzymać nakaz: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się..." (Rdz 1,28). Jedność w Biblii jest wymieniona przed prokreacją, co oczywiście samej prokreacji nie wyklucza, ale stawia ją we właściwej hierarchii. Prokreacją ma służyć jedności - miłości i z miłości ma wynikać. Jeśli teraz dodamy do tego fakt, że ta jedność jest związana z opuszczeniem ojca swego i matki swojej (Rdz 2,24), to znaczy, że to pełne zjednoczenie może mieć miejsce tylko w małżeństwie.


Opuścić ojca i matkę oznacza być życiowo niezależnym. Nie można być dzieckiem i zarazem ojcem czy matką. Wychowanie prorodzinne to więc również pomoc w zdobywaniu coraz większej samodzielności życiowej: stopniowe uniezależnianie się w sensie materialnym - dlatego dziecko uczy się zawodu, by kiedyś móc utrzymać siebie i rodzinę. Stopniowo dziecko ma stać się niezależne w myśleniu i odczuwaniu. Przestrzec należy tutaj przed odrzuceniem wartości, jakie reprezentują rodzice. Chodzi bowiem o własny system wartości - norm życiowych, hierarchii celów i sposobu dochodzenia do nich - taki, który dojrzały chłopiec czy dojrzała dziewczyna uznają za własny, a nie narzucony.


Tak oto rysuje się przed nami szeroka perspektywa uświadamiania seksualnego - wprzągniętego w wychowanie prorodzinne, a także w proces wychowania w ogóle, który ostatecznie ma doprowadzić do samowychowania - również w dziedzinie zachowań seksualnych. W sensie biologicznym bowiem kończy się okres dojrzewania, natomiast dojrzałości w sensie psychicznym trzeba się będzie uczyć przez całe życie. Tej bowiem nie osiąga się jednorazowo i na całe życie. Kto próbuje samego siebie wychowywać, ten uczciwie musi stwierdzić, że właśnie w sferze seksualnej dorosłość i dojrzałość to coś, o czym może bardziej marzymy, aniżeli realizujemy, choć tak trudno nam się do tego przyznać. Wydaje się, że jeśli rodzice uczciwie przyznają się do tego przed swoimi dziećmi i powiedzą im, jak wiele ich to kosztowało i kosztuje, to zyskają w swoim dziecku przyjaciela i sami też staną się dla niego przyjaciółmi.


To samo chciałbym też powiedzieć nauczycielom, którzy tak jak rodzice (tym bardziej, że w większości też są rodzicami dla swoich dzieci) chcieliby pokazać się przed swoimi uczniami jako "bardziej OK" (okay - w porządku). Dla prawidłowego kontaktu lepsza jest postawa: "Ja jestem OK i ty jesteś OK". To znaczy: ja coś przeżyłem i mogę ci powiedzieć, i ty coś przeżyłeś, i możesz mi o tym opowiedzieć; jak oboje sobie o tym opowiemy, będziemy razem wiedzieć więcej i to nam pomoże w podejmowaniu mądrzejszych decyzji w życiu. A taką decyzją jest niewątpliwie decyzja o współżyciu: wybranie czasu i osoby, a potem decyzja o przekazaniu nowego życia - oby to już było tylko wybranie odpowiedniego czasu, a nie nowej osoby (partnera).


Henryk


 



WYCHOWANIE DO MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ I RODZICIELSKIEJ
 

Dr STANISŁAWA MIELIMĄKA - psycholog "Koncepcja miłości małżeńskiej i rodzicielskiej w ujęciu encykliki Humane vitae"
 

Miłość małżeńska - jak poucza Papież Paweł VI - to miłość na wskroś ludzka, pełna, wierna i wyłączna oraz płodna (Humanae vitae, 9). Miłość ludzka: "a więc zarazem zmysłowa i duchowa. Toteż nie chodzi tu tylko o zwykły impuls popędu lub uczuć, ale także, a nawet przede wszystkim, o akt wolnej woli, zmierzający do tego, aby miłość ta w radościach i trudach codziennego życia nie tylko trwała, lecz jeszcze wzrastała, tak ażeby małżonkowie stawali się niejako jednym sercem i jedną duszą, i zarazem osiągali swą ludzką doskonałość".


Realizacja miłości w sposób ludzki wymaga dojrzałości osobowej, której cechy zostały wcześniej omówione. Pragnę w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, iż miłość ta winna być aktem woli. Istotnego zatem znaczenia nabiera motywacja, jaką kierują się partnerzy, zamierzający zawrzeć związek małżeński.


Badania socjologiczne wykazują, że motywacja zawarcia związku małżeńskiego bywa często wadliwa. U co dziesiątej kobiety i mężczyzny u podstaw decyzji o małżeństwie znajdują się motywy egoistyczno-urazowe, wyrażające słabe zainteresowanie potrzebami partnera. Kobiety kierujące się tym rodzajem motywacji wybierają przeważnie partnera pod wpływem rozdrażnienia, wskutek konfliktu lub porzucenia przez osobę kochaną. Chcą "zrobić na złość rodzinie", z którą są w konflikcie, względnie pragną dowartościować się w grupie rówieśniczej. Mężczyźni częściej kierują się racjami egoistycznymi niż urazowymi. 20% narzeczonych - w równej mierze kobiet i mężczyzn - kieruje się motywacją konformistyczną - o ślubie decydują czynniki zewnętrzne, takie jak nieplanowane poczęcie lub nacisk rodziny. 10% kobiet pragnie poprzez małżeństwo polepszyć własną sytuację życiową, uzyskać większe mieszkanie czy wyprowadzić się z domu macierzystego; wybór dokonany jest często przypadkowo, bez większej znajomości siebie i głębokiego zaangażowania emocjonalnego.


Zaledwie u co trzeciego mężczyzny i u co 5 kobiety u podstaw decyzji o zawarciu małżeństwa znajduje się zaangażowanie uczuciowe, znajomość cech osobowości partnera i ich akceptacja. W świetle tych wyników koniecznym w wychowaniu staje się budzenie pozytywnej motywacji do wszelkich działań, a także refleksji nad konsekwencją wadliwie motywowanych wyborów.


Prowadząc spotkania z narzeczonymi w ramach nauk przedślubnych zachęcam do refleksji nad motywacją tej a nie innej osoby na towarzysza życia. Zdarza, się, że doznaję szoku, gdy mężczyzna mówi, że dla niego ważne jest, iż narzeczona pochodzi z Krakowa, a jej podoba się to, że on nie jest ze wsi.


Miłość pełna to szczególna forma "przyjaźni osób poprzez którą małżonkowie wielkodusznie dzielą między sobą wszystko, bez niesprawiedliwych wyjątków i egoistycznych rachub. Kto prawdziwie kocha swego współmałżonka, nie kocha go tylko ze względu na to, co od niego otrzymuje, ale dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie". Warunkami pełnej miłości małżeńskiej są: bliskość, współdziałanie, akceptacja, wzajemny szacunek.


"Prócz tego miłość małżeńska jest wierna i wyłączna aż do końca życia; to znaczy jest taka, jak ją rozumieli małżonkowie w tym dniu, w którym wolni i w pełni świadomi, wiązali się węzłem małżeńskim... stanowi ona niejako źródło, z którego płynie głębokie i trwałe szczęście". Wierność i wyłączność małżeńska znajduje głębokie uzasadnienie psychologiczne. Prawidłowy rozwój jednostki wymaga zaspokojenia tzw. potrzeb psychicznych. Wiele z nich - potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i miłości - ma charakter wrodzony. Ich zaspokajanie konieczne jest nie tylko w dzieciństwie. Osiągnięcie pełni rozwoju osobowego wymaga pewnego komfortu psychicznego. W małżeństwie zabezpiecza go właśnie wierność i wyłączność. Gdy ich brak - zaburzone zostaje przede wszystkim poczucie własnej wartości, co stanowi - w świetle doniesień amerykańskich (Dobson J., 1990) - najpoważniejsze źródło braku satysfakcji ze współżycia małżeńskiego.


Wierność i wyłączność w małżeństwie bywa często zagrożona. Nie tylko wówczas, gdy wartości te są ewidentnie naruszane. Zagrożeniem dla wierności i wyłączności jest niedojrzała więź jednego ze współmałżonków lub obojga małżonków z rodzinami macierzystymi. Dzieje się tak zarówno w przypadku utrzymywania fizycznych więzi z rodziną macierzystą kosztem więzi małżeńskich, jak i wówczas, gdy więź z rodziną macierzystą ma charakter silnego związku psychicznego.


Z kontaktów z małżonkami w Poradni Życia Rodzinnego znam sytuacje, gdzie główne źródło nieporozumień w małżeństwie lokuje się w zaprzeszłych oraz w aktualnych relacjach partnera z jego rodziną pochodzenia. Sytuacje takie najczęściej wskazują na inne przyczyny trudności małżeńskiego współżycia.


Ważnym zatem zadaniem wychowawczym jest pomoc dziecku w osiągnięciu optymalnego stopnia niezależności od rodziców. Pociąga to konieczność stawiania młodego człowieka w sytuacjach wyboru, wymagających świadomego i odpowiedzialnego podejmowania decyzji.


Miłość małżeńska to "wreszcie miłość płodna, która nie wyczerpuje się we wspólnocie małżonków, ale zmierza również ku swojemu przedłużeniu i wzbudzeniu nowego życia... Z tych to powodów miłość małżonków domaga się od nich, aby poznali należycie swoje zadanie w dziedzinie odpowiedzialnego rodzicielstwa".
Czym jest zatem odpowiedzialne rodzicielstwo?


Pierwszym sprawdzianem rodzicielskiej postawy małżonków jest podjęcie decyzji o poczęciu dziecka. Decyzja taka to zaproszenie dziecka do wspólnoty małżeńskiej czy rodzinnej. Wymaga ona znajomości i poszanowania funkcji biologicznych, uwzględnienia warunków psychicznych, ekonomicznych, społecznych, uznania swych obowiązków wobec siebie samych i społeczeństwa, a także - u osób wierzących - wobec Boga.


Pary wstępujące w związek małżeński rzadko uświadamiają sobie fakt, iż zadania rodzicielskie będą realizowały przez okres 20-25 lat ich pożycia małżeńskiego. W indywidualnym spotkaniu w Poradni Życia Rodzinnego najczęściej deklarują otwartą postawę wobec pierwszego dziecka, a potem - "jakoś to będzie" - mówią. Tymczasem odpowiedzialne rodzicielstwo to wybór określonej koncepcji życia uwzględniającej bliższą i dalszą perspektywę. To postawienie albo na rozwój osobowy małżonków i dzieci - co niewątpliwie nie jest proste, zaangażowanie się w swój własny rozwój wymaga bowiem wysiłku, wyrzeczeń, trudnych wyborów - albo też przyjęcie konsumpcyjnego modelu życia, nie dającego jednak możliwości pełnego i satysfakcjonującego "bycia" w świecie. Opowiedzenie się za pierwszą drogą wymaga uwzględnienia przy podejmowaniu współżycia intymnego naturalnych metod planowania poczęć.


W poradnictwie rodzinnym spotykam przypadki agresywnego wręcz odrzucania propozycji naturalnego planowania poczęć w małżeństwie.


Nieraz narzeczeni usiłują tzw względami obiektywnymi tłumaczyć brak motywacji do korzystania w małżeństwie z tychże metod. Ich argumentacja jest prosta. Pewien narzeczony zatroskany o swą przyszłą żonę powiedział: "Czy pani wie, że ona wstaje o wpół do piątej! Kiedy ma mierzyć temperaturę?" Moja odpowiedź brzmiała: "O czwartej dwadzieścia pięć, a pan może w tym czasie przygotować żonie herbatę".


Niechętna postawa wobec naturalnego planowania poczęć w małżeństwie łączy się z występującym ciągle jeszcze brakiem podstawowej wiedzy na temat tychże metod, a także z publikowaniem w mas mediach informacji poddających w wątpliwość skuteczność owych metod. Przed poradnictwem rodzinnym stoi zadanie nie tyle uczenia samych metod, ale przede wszystkim budzenia pozytywnej motywacji w kierunku przyjęcia odpowiedzialnego i ofiarnego stylu życia w małżeństwie.
Styl ten nie zawsze bywa przyjmowany przez oboje małżonków.


Nieraz w poradniach jesteśmy świadkami tragedii kobiet stosujących antykoncepcję w małżeństwie. Mężczyzna najczęściej zwalnia siebie z jakiejkolwiek odpowiedzialności w sferze prokreacyjnej! Bywa jednak i tak, co jest warte szczególnego podkreślenia, że satysfakcję we współżyciu intymnym w małżeństwie znajdują zwłaszcza te pary, gdzie mężczyzna - już w okresie przedślubnym - zachęcał narzeczoną do praktycznego zapoznania się z naturalnymi metodami planowania poczęć.
Odpowiedzialne rodzicielstwo to również przyjęcie zdecydowanie negatywnej postawy wobec podejmowanych dzisiaj nieetycznych metod leczenia niepłodności, które prowadzą do poczęcia dziecka w sposób sztuczny (korzysta się m.in. z takich metod jak: sztuczna inseminacja, przenoszenie gamet, manipulacja z komórką jajową, pozaustrojowe zapłodnienie). Tymczasem informacje o urodzeniu się dzieci "poczętych w probówce" przekazywane są w mas mediach w sposób angażujący emocjonalność odbiorców. Budzą akceptację i uznanie dla takich "osiągnięć". Oto bowiem małżonkowie, którzy tak bardzo pragnęli mieć potomka, zrealizowali swoje marzenie! W doniesieniach na powyższy temat pomija się jednak tę prostą prawdę, że spośród czternastu zarodków sztucznie powstałych szansę na urodzenie się ma tylko jedno dziecko! Co dzieje się z pozostałymi ludzkimi zarodkami?!. Odpowiedź pozostawiam bez komentarza.


Wreszcie odpowiedzialne rodzicielstwo to zaangażowanie się w kształtowanie się prawidłowych postaw wychowawczych wobec dziecka, postaw, które winny obejmować: akceptację, współdziałanie, rozumną swobodę oraz uznanie praw dziecka do rozwoju.


Akceptacja jest jak ziemia umożliwiająca dziecku urzeczywistanianie jego własnych możliwości. Przekazywana słowami - jak i w sposób niewerbalny -daje wewnętrzne poczucie, że jest się kochanym, przyspiesza rozwój, pozwala na samodzielność, sprzyja tworzeniu więzi. Nie każde dziecko doświadcza w rodzinie - jak również i poza nią - poczucia akceptacji. Niektórzy dorośli wierzą, że brak akceptacji wyrażony w ocenach, sądach, pouczeniach, naganach stanowi najlepszą metodę pomocy dziecku.
Wspomniane zachowania prowadzą często do buntu, zamknięcia się w sobie, a w konsekwencji do zerwania więzi z rodzicami. Akceptacja dziecka to przyjęcie go takim, jakim jest: z jego płcią, potrzebami, uzdolnieniami (bądź z ich brakiem), wartościami, przyjaźniami. Nie oznacza to oczywiście pozostawienia dziecka samemu sobie, lecz przyjęcie postawy szanującej jego godność osobową. Postawa taka winna cechować wszystkie osoby uczestniczące w procesie wychowania.


Tam, gdzie jest akceptacja, jest i autorytet - "udzielony autorytet" - gdyż to dziecko udziela go rodzicom i innym dorosłym.


Elementem więziotwórczym w rodzinie jest współdziałanie. Szwajcarski uczony Jean Piaget uważa, iż stanowi ono główny czynnik umożliwiający osiągnięcie najwyższego poziomu moralnego jednostki, tj. moralności autonomicznej, wewnętrznej. Gdy coś tworzy się wspólnie - angażuje się w to całą osobowość. Możliwe staje się wówczas głębsze wzajemne poznanie.


Sytuacje współdziałania pozwalają nadto budować poczucie własnej wartości i to w znacznie większym stopniu niż nagrody czy kary powszechnie stosowane w wychowaniu.


Uznanie praw dziecka do rozwoju to kolejny element prawidłowej postawy wychowawczej. Wymaga ono rozpoznania potencjalnych możliwości, a nie kierowania się w wychowaniu wyimaginowanym obrazem dziecka.

 

Moja żona...


Nierzadko bywa i tak, że to rodzice decydują - w ich mniemaniu w dobrej wierze - o małżeństwie syna czy córki. Konsekwencje takich działań są powszechnie znane.
Udzielanie dziecku rozumnej swobody to czwarty komponent optymalnej postawy wobec dziecka. "Rozumną swobodę" lepiej można pojąć, gdy ustali się, czym ona nie jest. Niewątpliwie nie jest ona trzymanie dziecka "pod kloszem", ograniczaniem jego kontaktów z rówieśnikami, całkowitym uzależnianiem od woli osoby dorosłej, koncentrowaniem uwagi na sukcesach z niedostrzeganiem błędów i porażek, narzucaniem obecności, ingerowaniem w najdrobniejsze sprawy, przekonaniem, że za wszystkie trudności, konflikty i niepowodzenia odpowiedzialni są inni, tylko nie dziecko.


Zachowania takie zaburzają rozwój uczuciowości wyższej; w skrajnych przypadkach czynią jednostkę niezdolną do współżycia z innymi, w tym również uniemożliwiają podjecie i wypełnienie istotnych obowiązków małżeńskich.


Odpowiedzialne rodzicielstwo wymaga także wprowadzenia dziecka w obszar zagadnień obejmujących bezpośrednio sprawy płci. Przeprowadzone ostatnio w naszym kraju badania pokazują, że informacje na temat dojrzewania płciowego dziewczęta czerpią najczęściej z literatury; drugie źródło informacji stanowią koleżanki. W przypadku chłopców kolejność ta jest odwrócona.


Stwierdzono również, iż zachodzi istotny statystycznie związek między źródłem, z którego pochodzi wiedza chłopca na temat dojrzewania płciowego a wiekiem, w którym podejmuje on inicjację seksualną (Chłopcy informowani przez rówieśników rozpoczynają współżycie seksualne wcześniej).


Ojcowie zaledwie w 2% wykazują zainteresowanie dojrzewaniem płciowym synów. W takiej sytuacji nie należy dziwić się, że znaczna część młodzieży jest zainteresowana antykoncepcją, a związki homoseksualne spotykają się u niej z taką samą akceptacją, jak relacje między osobami różnych płci.


Realizacja zadań wychowawczych w dziedzinie przygotowania do życia w małżeństwie i rodzinie wymaga najpierw uczciwej refleksji, a następnie aktywności. W roku 1993 nauczyciele-wychowawcy zostali zobowiązani przez Ministra Edukacji Narodowej do podjęcia problematyki wychowania prorodzinnego na lekcjach wychowawczych. Na ogół niechętnie podejmują się tego zadania. W szkołach średnich również i młodzież nie wyraża chęci, aby z wychowawcą rozpatrywać tę problematykę. Otwarta jest natomiast na kontakt z osobami kompetentnymi spoza szkoły. Sądzę, że taki kontakt jest potrzebny zarówno uczniom, nauczycielom, jak i rodzicom.


W jaki sposób każdy z nas może czynnie włączyć się w proces wychowania do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej?


Poza zadaniami formalnymi wynikającymi z pełnionej roli rodzica, katechety, nauczyciela - wymagane jest przestrzeganie pewnych warunków, do których zaliczyłabym: autentyczną obecność, czas, cierpliwość, umiejętność aktywnego słuchania, zaangażowanie. W sytuacjach zaś trudnych, gdy więzi międzyludzkie ulegają zakłóceniu, ważne jest wzbudzanie motywacji do dokonywania zmian w samym sobie.


Stanisława Mielimąka
 



Lipiec tego roku nie szczędził słońca

 

Upał dokuczał wszystkim. Dla nas z Martą był szczególnie uciążliwy. Biegliśmy do autobusu, chociaż jeszcze było sporo czasu do przylotu samolotu. Nagliła Marta.
- Czy tylko aby mama przyjedzie na pewno? - niepokoiła się, to już był nasz trzeci bieg na lotnisko w tym roku. Jak ja mogłem Marcie powiedzieć, że na pewno przyjedzie, skoro już dwa razy zawiodła jej ukochana mama i moja ukochana żona. Marta skończyła sześć lat, ale ja również, gdy zapowiedziała swój przyjazd po
trzech miesiącach planowanego pobytu w Stanach i nie wróciła, poczułem się oszukiwany. Pędziłem po raz trzeci wlokąc dziecko i olbrzymi bukiet kwiatów.
- Mama wróci dzisiaj, prawda? - dopytywała Marta, a ja trochę udawałem, że nie słyszę jej pytań. Tłum oczekujących szybko wciągnął nas w swoisty rytm falujących postaci, w ich ruchach wyczuwało się podenerwowanie i napięcie mięśni. To śmieszne, lecz odnosiłem wrażenie, iż każdy oczekujący, nie wyłączając mnie, rzuci się na swego gościa, traktując go jako trofeum.
Samolot wylądował szczęśliwie, podniosłem Martę na rękach wysoko do góry, miała prawo zobaczyć mamę, zresztą ma z pewnością lepsze oczy.
Szybko pustoszała płyta lotniska. Odprawa celna też się skończyła, szczęśliwi ciągnęli swoich gości w stronę samochodów lub postoju taksówek.
Stało się jasne, przynajmniej dla mnie - Jagoda nie wróciła. Marta nie dawała za wygrana, nie chciała wierzyć.
- Gdzie się zgubiła moja mamusia, przecież obiecała przez telefon, że na pewno przyjedzie, że już dłużej beze mnie żyć nie może, że mnie kocha, że jestem jej całym światem. - Marta zaczynała płakać coraz głośniej. Przytuliłem ją mocno do siebie, byłem bezradny. Dlaczego Jagoda po raz trzeci nas okłamała. Co ja właściwie temu dziecku mogę powiedzieć na usprawiedliwienie. Musiałem być mocny. Mocny...
Najpierw były trzy miesiące, potem zdarzyła się nadal atrakcyjna praca, szkoda było, potem ktoś z jej krewnych zachorował, czuła się w obowiązku zająć się nim i tak kolejny raz nie przyleciała. Trzeba będzie oczekiwać telefonu późno w nocy, jeżeli taki będzie.
Łzy Marty spływały mi po szyi, aż nagle zaczęła krzyczeć w głos, że wszystkie matki są bardzo, bardzo głupie i złe, tak wołała - głupie i złe....
Chciałem ją jakoś uspokoić, zaproponowałem więc jakąś karuzelę, klocki lego i coś tam jeszcze, ale nic nie pomagało. Szczęśliwie dobrnęliśmy do domu. Marta
na szczęście zmęczona płaczem zasnęła, a ja bukiet róż wrzuciłem do śmieci. Ależ to jest życie? We mnie też rodził się bunt.
Miałem ochotę, po raz pierwszy od tych dziewięciu miesięcy, na kielicha i "dziewczynkę". Po raz pierwszy od czasu naszego małżeństwa naszła mnie refleksja - czy ja znam swoją żonę?
Zatelefonowałem do mamy i poprosiłem, żeby przyszła. Nie chciałem jej odpowiedzieć na pytanie: "czy Jagoda wróciła?"
Rzeczywiście tego wieczoru poszedłem na wódkę, ach, co ja mówię, na kilka porządnych setek. Późną nocą zatelefonowała ona. Moja żona... To było oczywiste, przedłużała swój pobyt, ponieważ znowu okazja, dobra praca jej się zdarzyła, trzeba wykorzystać okazję. O właśnie, ona była specjalistką od wykorzystywania okazji. Krzyczałem, żeby wracała, obudziła się Marta:
- Mama, co ja takiego złego zrobiłam, że nie chcesz do mnie wrócić?
Moja żona prosiła o zezwolenie na następne trzy miesiące. Nie skończyłem tej rozmowy, była już ponad moje siły.
Kiedy zatelefonowała za dwa tygodnie poprosiła o rozwód. Zgadzała się na to, by dziecko zostało przy mnie.
- Mam tutaj kogoś, wybacz mi, czasami czułam się tak samotnie, będę was wspierać finansowo, nie warto wracać do naszej rzeczywistości, zdecydowałam się, wiele mnie to kosztuje, bo przecież was mimo wszystko kocham...
Przyznaję, że gdy jej słuchałem, uginały się pode mną nogi. Mimo wszystko nas kocha... milczałem długo, wreszcie, znowu Marta się obudziła, ale ja już nawet nie zważałem na dziecko:
- Ty suko - krzyczałem, sam nie wiem, co krzyczałem, Marta uciekła do siebie, wystraszyła się również mnie.
Teraz ona odłożyła słuchawkę, to i tak wszystko nie miało w danej chwili większego znaczenia. Usiadłem i zacząłem zbierać myśli: co ja mam powiedzieć mojej córeczce? Jak jej mam powiedzieć, że po prostu matka ją opuściła...
Tej nocy piłem w jakiejś spelunie z jakimiś łapserdakami, nie poszedłem też do pracy, musiałem leczyć kaca, ale przyszło otrzeźwienie. Miałem przecież Martę, teraz musiałem inaczej zaplanować życie.
W pierwszej chwili Marta, gdy jej wyznałem prawdę, nie chciała wierzyć, zaczęła mnie bić swoimi małymi piąstkami, ile tylko sił. A potem stała się nieufna, uparta, przekorna, znosiłem jej wszystkie "fanaberie" ze stoickim spokojem. Musiałem zastąpić jej matkę, co wcale nie jest łatwe. W każdym razie bez wizyt u psychologa się nie obeszło. Leczyłem ją długo. Ja też już nie wierzę kobietom. Rzeczywiście od czasu do czasu wyskakuję na dobrego jednego i na "dziewczynkę". Z wychowaniem Marty jakoś się uporałem. Studiuje, ma chłopca, na szczęście wyrozumiałego, chyba mu niezbyt ufa, ale on, gdy wyczuwa tylko cień smutku w jej oczach, nic nie mówi, tylko przytula się do niej, jakby chciał swoją czułością odgrodzić ją od świata. Gdyby Marcie nie powiodło się małżeństwo, nie wiem, do czego byłbym zdolny. Wierzę jednak, że moja córka będzie szczęśliwa. Jakoś przetrwałem te lata, budowałem na nowo wszystko, nawet prace kuchenne nie są mi obce, ach, po co wspominać... Ludzi wspaniałych też spotykałem i są ze mną.
Stało się coś innego... Nie potrafiłbym na nowo zaczynać tego, co wcześniej zostało zburzone.
Któregoś dnia zatelefonowała ona: - Jestem w Polsce, wróciłam, bardzo chciałabym porozmawiać, tak naprawdę kochałam tylko was. Teraz wiem to na pewno. Bardzo cię proszę, zechciej się ze mną spotkać, mamy chyba sobie jeszcze coś do zaoferowania - słuchałem jak głuchoniemy, nie mogłem głosu z siebie wydobyć, cóż mogłem powiedzieć. Przypomniał mi się nieznośny upał tamtego lata, bieg do autobusu ... w ustach nagle zrobiło się słono. Czyżby na nowo chciała przyprawić mi życie czymś ostrzejszym?
- Bardzo zależy mi na rozmowie z Martą, chciałabym się przed nią wytłumaczyć. Ciągle o niej myślałam... - gdybym miał ten bukiet sprzed lat, chętnie pobiegłbym na jej spotkanie... to była następna myśl, gdy jej słuchałem. Zawołałem jednak:
- Martusiu, mama dzwoni, chciałaby z tobą rozmawiać.
Marta podeszła i wyjęła mi słuchawkę z dłoni. Jej oczy nabrały dziwnego blasku, metalicznego, zauważyłem, że jest w niej coś bardzo twardego, coś, czego ja się sam przeraziłem. Nigdy w niczyich oczach nie widziałem takiego chłodu, obojętności...
Jagoda coś długo jej tłumaczyła, ale Marta nie rzekła ani słowa, gdy tamta skończyła, odłożyła słuchawkę.
 

Barbara Pytlos
 



Pochodzę z ośrodka wychowawczego...


Los Bożenki nie różni się od losów tysięcy dzieci - sierot społecznych z zakładów opiekuńczych. Gdy miała niespełna 5 lat znalazła się - razem ze swoim rodzeństwem (dwiema siostrzyczkami) - w domu opieki społecznej prowadzonym przez siostry zakonne. Od ośmiu lat utrzymuje stały kontakt z pewną śląską rodziną, która jest jakby jej drugim domem, choć ona chce go chyba traktować jak swój, skoro wyjeżdżając z niego mówi: - Jadę do sióstr, a udając się na wakacje akcentuje: - Jadę do domu. Z rodziną tą spędza wakacje i każde święta, i tzw. wyjazdowe soboty i niedziele.
Bożenka jest małomówna, nieskora do wyrażania uczuć i odczuć. O tym, jak bardzo związała się z rodziną, która się nią zajęła, świadczą listy pisane do kochanej babci, dziadka, cioci... Dzieli się w nich swoimi smutkami, nieszczęściami lub niepokojami: ...miałam w szkole nieszczęście; taki chłopak przytrzasną! mi ławką palec... Nie martwcie się o mnie, nic mi nie będzie. Dobrze, że umiem pisać lewą ręką. Albo: Ciociu, w niedzielę mamy kolędę i się trochę wstydzę, bo mam niestaranny zeszyt z religii...
Sama Bożenka tak pisze o sobie:
Nazywam się Bożena N. Mam lat 14. Pochodzę z Ośrodka Wychowawczego z Sz... dla dzieci. Od siedmiu lat jeżdżę do Ciociów i do Babci do C.... zawsze jeżdżę
tam na wakacje, na ferie zimowe i też na niedziele wyjazdowe. Podoba mi się tam i lubię tam jeździć! Mam tam koleżankę Agnieszkę i małego Piotrusia. Bardzo lubię pomagać Babci i Ciociom. Babci pomagam przy gotowaniu obiadu, przy pieczeniu ciast, myślę, że mogę się tak szybko nauczyć gotować, to mi się może przydać. Pomagam sprzątać i robię inne rzeczy jeszcze. Chodzę na spacery do lasu z psem i z cioćmi, też jeżdżę na odwiedziny do naszych znajomych. Najbardziej podoba mi się, gdy do nas przyjeżdżają goście.
Przybrane ciocie Bożenki opowiadają o niej: Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma nic smutniejszego niż oczy dziecka. Prawdziwość tych słów zrozumiałyśmy w chwili, gdy w przedwigilijny wieczór 1986 roku zobaczyłyśmy po raz pierwszy "naszą" Bożenkę. Ubrana w nowiutki czerwony kombinezon wyglądała jak z żurnala i czekała trochę zalękniona na "swoje" nowe ciocie, które zabierały ją na wieś.
Z bladej buzi patrzyły na nas duże ciemne oczy. Tak zaczęła się nasza przyjaźń z Bożenka. Bo decydując się ją zabrać do siebie wiedziałyśmy, że nie może to być kontakt doraźny, jednorazowy, uchylenie drzwi do "innego" świata tylko na raz. Nigdy nie pytałyśmy Bożenki o jej dzieciństwo. Jednakże z poskładanych fragmentów jej wypowiedzi, ze skrawków wspomnień powstała mozaika szarych dni o chłodzie i głodzie, w ciemnej suterynie, w brudzie, bez rodzicielskiej opieki (śmierć ojca i babci, brak opieki ze strony matki).
Od chwili przyjazdu do nas wszyscy w rodzinie, sąsiedztwie i wśród znajomych zaakceptowali małą Bożenkę. Przyjeżdżali do naszego domu w wigilię i święta z podarunkami dla dziecka (świeżym mlekiem "prosto od krowy", słodyczami itp.).
Trudności wychowawcze zaczęły się już podczas pierwszego u nas pobytu. Ale wolałybyśmy tu o nich nie wspominać. Mamy bowiem wiele pięknych przeżyć, takich jak m.in. uroczystość I Komunii św. naszej Bożenki, a jeszcze wcześniej - chrzest, który przyjmowała na miesiąc przed tą uroczystością. Jedna z nas została jej matką chrzestną, co umocniło jeszcze więź rodzinną, która zawiązała się między nami.
O dniu I Komunii św. pamiętało wielu naszych znajomych, dom napełnił się gośćmi - kolegami i koleżankami z bliższego i dalszego sąsiedztwa (wśród nich były nawet dzieci dotknięte fizycznym kalectwem).
Zaufanie dziewczynki zdobywałyśmy stopniowo i nie bez różnych bolesnych doświadczeń, wynikających z niezrozumienia przez nas faktu, iż Bożenka nie rozwijała się właściwie pod względem emocjonalnym we wczesnym dzieciństwie, że są zahamowania, kłopoty z pamięcią, koncentracją uwagi, że jest upór czasami nie do przełamania.
Jej obecność wśród nas - ważna nie tylko dla niej, tak bardzo uczuciowo związanej szczególnie z babcią - ale i dla nas, które możemy jej ofiarować czas i
siły. Przyznać trzeba, że niekiedy zdarza nam się załamywać, zwłaszcza gdy wkładamy wiele wysiłku, by pomóc jej w nauce, a ona myśli wówczas o czymś innym i daje nam do zrozumienia, że na wynikach w nauce jej nie zależy. Wiemy, że weszła teraz w trudny dla siebie okres, że trzeba to przeczekać. Wierzymy w dobro, które mieszka w tym dziecku, a którego czasem nie potrafimy dostrzec lub obudzić. Czasem wydaje nam się, że pewnych nawyków nie uda nam się zmienić z powodu uwarunkowań genetycznych. Nie rezygnujemy jednak z wysiłków.
Spyta ktoś, czy nie zdecydujemy się na adopcję? Myślałyśmy o tym, ale nie zapewniałybyśmy Bożence pełnej rodziny, a dziecko przecież powinno mieć także ojcowską opiekę. Autorytet ojca wiele by tu mógł pomóc. Zauważamy, że takim autorytetem jest dla niej nasz brat, a jej wujek. Nie zostawimy jednak Bożenki samej sobie.
Babcia Marysia charakteryzuje Bożenkę następująco:
Bożenka? Jaka ona jest? No, jest taka sama jak inne dzieci. Bywa uparta i niegrzeczna. Ale ma dużo dobrych cech, przede wszystkim jest wrażliwa na czyjeś
cierpienie. Zauważyłam to już na początku jej pobytu u nas. Potrafiła zrezygnować z pójścia na sanki, by wspólnie ze mną spędzić popołudnie u samotnie mieszkającej staruszki, śpiewać kolędy, by "tej babci nie było samej smutno". Nigdy nie bywa samolubna. Dzieli się tym, co ma, np. gości, którzy do nas przychodzą,
chętnie częstuje "swoimi słodyczami". Podobno, tak wszyscy mówią, najbardziej jest przywiązana do mnie. Może to i prawda, bo ze mną przebywa najczęściej.
Staram się ją zainteresować zajęciami domowymi: gotowaniem, pieczeniem ciasta. Widzę, że ma zdolności manualne, więc proponuje, by przygotowała, np. dekoracje na świąteczny stół, czy pisanki na Wielkanoc itd.
Wieczorami, gdy cała rodzina jest już w domu, Bożenka lubi siadać blisko mnie na wersalce (a latem na ławeczce pod orzechem). Opowiadamy "ciociom" o naszym dniu, np. co się zdarzyło, kto nas odwiedził i planujemy zajęcia na następny dzień. Mamy też wspólne sekrety, których nie zdradzamy ciociom, dopóki ich nie urzeczywistnimy.
Babciu - tak zaczęła się do mnie zwracać nie od razu, lecz dopiero po paru latach przyjazdów do nas, gdy moja wnuczka, młodsza od niej o 7 lat, zaczęła mówić do mnie babciu. Spontanicznie przyjęła ten sposób zwracania się do mnie. I bardzo się z tego cieszę.
Kłopoty? No cóż, jest jak mówią: małe dzieci, małe staranie, a jak dorastają, to jeszcze większe. W pierwszych latach jej przyjazdów do nas zdarzały się nocne moczenie, lęki, upór. Starałam sobie to wytłumaczyć jej ciężkim dzieciństwem, brakiem uczucia, tęsknotą do rodziców. Teraz rozumiem ją lepiej. Bo z jednej strony okazuje troskliwość o moje zdrowie (pilnuje, bym brała lekarstwa, kontroluje mi ciśnienie), a z drugiej - bywa tak, że ignoruje moje uwagi, potrafi się godzinami nie odzywać, kiedy robię jej słuszne zarzuty z powodu złych ocen. Przecież chcę tylko jej dobra i za tę całą moją troskę tak mi się odpłaca. Nie, ja nie czekam na wdzięczność. Byłabym szczęśliwa, gdyby Bożenka wyrosła na uczciwego człowieka.
Dziadek Franek mówi:
Byłem dla niej wpierw tylko wujkiem, później "awansowałem" na jej dziadka (bo słyszała, że tak mówi do mnie wnuczka). Kocham ją tak jak własne wnuki. To dobre dziecko. Uważam, że to nie jest jej wina, że do głowy "nie wchodzą" jej szkolne wiadomości albo że się tak zablokuje (nie wiadomo dlaczego) i nie odzywa się do nas, i nie chce podać powodu swojego milczenia. Chociaż tak naprawdę kłopoty z nauką wynikają z jej lenistwa ... Od momentu, kiedy zaczęła do nas przyjeżdżać (teraz przyjeżdża już sama, kiedyś córki po nią jeździły), na dobranoc żegnałem ją kreśląc na czole znak krzyża. Teraz gdybym o tym zapomniał, upomina się: - A krzyżyczek?
Babcia ją zainteresowała tym, co w domu, a ja tym, co hoduję: królikami i kurami. No, dla królików tośmy trawę i mlecze zbierali, uczyłem ją wtedy rozróżniać gatunki zbóż, ale do dziś chyba jeszcze się jej myli owies z pszenicą.
Ja się najbardziej cieszę z tego, że tak mocno pokochała moją wnuczkę i wnuka, którzy są od niej znacznie młodsi. Ona potrafi się z nimi bawić, opiekować troskliwie, nawet przywozi upominki dla nich.
W listach, które od czasu do czasu pisze do nas, zawsze dodaje, że tęskni za Piotrusiem i Agnieszką i że o nich myśli. Moje wnuki też ją zaakceptowały. Agnieszka mówi o niej jak o swojej starszej siostrze. Nigdy też nie pyta Bożenki o jej rodziców, bo wie, że byłoby to przykre dla niej. Nawet przestrzega inne, nowe koleżanki z sąsiedztwa, by jej o to nie pytały. Teraz Bożenka jest w siódmej klasie, a ja chciałbym doczekać chwili, kiedy skończy przynajmniej jakąś szkołę zawodową i założy swój dom.
 

H. S.

(nazwisko i adres znane redakcji)
 



Warto przeczytać


W książce "Uzdrawianie ludzkich zranień" bracia Matthiew Linn, Dennis Linn omawiają metody uzdrawiania zranień psychiki ludzkiej. Święci - zdaniem autorów - to nie ci, którzy skrupulatnie przestrzegają przykazań, lecz ci, którzy doznali zranień i umieją swe doświadczenia wykorzystać dla niesienia pomocy innym.
Według autorów od samego zranienia do jego twórczego wykorzystania we własnym rozwoju wiedzie pięć etapów: wypieranie (zaprzeczanie zranieniu), gniew (obarczanie winą innych), targowanie się (wybaczyłbym, gdyby...), depresja (obarczanie winą siebie) i wreszcie akceptacja. Na przebycie tych etapów potrzeba czasu i żadnego z nich nie można ominąć. Poczytajmy!
 

Barbara

 



POWIERNIK NASTOLATKÓW


Jestem załamana. W tej chwili mam 22 lała. Poznałam chłopca, który chce się ze mną ożenić. Jak poznać, czy on naprawdę mnie kocha. To jest jedno zagadnienie. Drugie zagadnienie dotyczy mnie. Opiszę Pani wszystko od początku. Gdy miałam 15 lat poznałam chłopca starszego ode mnie o 4 lata. W domu nie miałam słodkiego życia. Ojciec często pil alkohol i awanturował się. Chciałam mieć kogoś, kto chociaż by mnie pocieszył i postanowiłam zwierzyć się temu chłopcu. Wysłuchał mnie, ale zbytnio nie interesował się tym.
Kiedyś, na jednym spotkaniu, zaproponował abyśmy poszli do mojej koleżanki, która mieszkała dość daleko i trzeba było iść około 300-400 m przez las. Ja zgodziłam się, bo z rozpaczy w domu nie zastanawiałam się, że może mnie coś spotkać przykrego na naszej przechadzce. I właśnie kiedy byliśmy już na ścieżce w lesie on powiedział: - oddaj mi się. - Ja nie zgodziłam się, ale on uderzył mnie w twarz i powiedział: - jak nie to będzie źle z tobą - i na siłę przewrócił mnie i spełnił swoje życzenie.
Od tamtej pory żadnemu chłopcu nie wierzyłam i nawet do tej pory nie mogę uwierzyć, że on może mnie kochać. Ale gdyby doszło do tego, że uwierzyłabym, że ktoś mnie kocha - to jak wybrnąć z tej sytuacji. Mam tu na myśli moją czystość, bo chciałabym aby mój mąż w przyszłości zrozumiał, że on jest moim pierwszym chłopcem. Muszę powiedzieć, że gdybym chciała to mogłabym mieć już wielu chłopców, ale ja zawsze rezygnowałam, bo zawsze mieli propozycję aby im się oddać.
Mój mąż może pomyśleć sobie, że z wieloma chłopcami miałam współżycie seksualne, bo chyba już nie jestem cnotliwa. Mimo to w duchu czuję się czysta. Mój chłopiec też tak myśli, co zdążyłam zauważyć. Każdy ma dobre o mnie zdanie. Co będzie gdy dojdzie między nami do współżycia. Jak z tego wybrnąć. Ja naprawdę chciałabym być czystą, aż do ślubu, ale może przed siedmioma laty zagubił mnie los domowej atmosfery.
Żałuję teraz, po co był mi tamten chłopiec. On i tak mnie nie rozumiał, ale cóż zrobić. Jestem załamana, nie mogę się uczyć i pracować. Ciągle o tym myślę, a może niepotrzebnie aż tak mocno. Dlatego proszę o pomoc. Jak mam się zachować, gdy on zaproponuje współżycie jeszcze przed ślubem? Czy zgodzić się? Czy po pierwszym współżyciu on pozna, że nie jestem cnotliwa, pomimo, że nie miałam żadnego stosunku płciowego od tamtej chwili, tj. 7 lat.
 

Załamana,
Barbara K.



Droga Barbaro!


Bardzo cenne i godne podziwu jest Twoje trwanie w czystości, mimo iż spotkałaś już kogoś, kto tak bardzo zawiódł Twoje uczucia i mocno zranił.
Popatrzmy na Twoje problemy, a jest ich kilka.
Brak miłości rodzicielskiej, niezaspokojenie podstawowych potrzeb, jakimi są potrzeby bezpieczeństwa i przynależności, prowadzi do niewłaściwego rozwoju człowieka. Szczególnie dotyczy to sfery emocjonalnej, społecznej czy moralnej. Osoby wychowywane w rodzinach, gdzie nie sq zaspakajane te podstawowe potrzeby, sq bardzo często nieufne, mimo że za wszelką cenę poszukują kogoś, kto byłby im bliski, kto poświęciłby im uwagę i czas. To gorączkowe poszukiwanie kogoś, kto dałby namiastkę bezpieczeństwa i okazał zainteresowanie, prowadzi często do wiązania się z ludźmi, którzy pod płaszczykiem współczucia, pomocy wykorzystują daną osobę.
Tak też się stało w Twoim przypadku. Oczekiwanie bliskości i współczucia od poznanego chłopca, a także młody wiek i brak doświadczenia życiowego, przeszkodziło Ci w odczytaniu jego w sumie niewłaściwych intencji co do Twojej osoby. Chłopak ten wyrządził Ci krzywdę, której nie możesz zapomnieć do dzisiejszego dnia i która w znacznym stopniu wpływa na Twoje zachowanie i uczucia w chwili obecnej.
Piszesz, że poznałaś teraz chłopca, który chce się z Tobą żenić, nie jesteś jednak pewna, czy on Ciebie kocha? Najpierw musisz zadać sobie pytanie:
Czy Ty kochasz tego chłopca? Nic nie piszesz o swoich uczuciach do niego, jakby one nie były ważne. A przecież miłość dwojga' ludzi jest podstawą dobrego -małżeństwa. Jeżeli odpowiesz sobie pozytywnie na podstawowe pytanie, tzn. - tak, kocham go - a on poprosi, abyś została jego żoną, to wtedy trzeba zastanowić się nad kolejnymi problemami.
Dobry kontakt z drugim człowiekiem wymaga otwartości z obu stron. Co to znaczy być człowiekiem otwartym? Otwartość polega na mówieniu o swoich uczuciach, które aktualnie przeżywamy, które są związane z zachowaniem drugiego człowieka, z aktualną sytuacją. Otwartość wymaga poinformowania drugiej osoby o wcześniejszych przeżyciach, jeżeli te przeżycia mają wpływ, ewentualnie tłumaczą moje aktualne uczucia czy zachowania.
Z Twojego listu wynika, że to, co zdarzyło się przed siedmioma laty, pozostawiło trwały ślad w Twojej psychice i ma niewątpliwy wpływ na Twoje przeżywanie teraźniejszości i myślenie o przyszłości. Dlatego powinnaś porozmawiać o tej sprawie z Twoim chłopcem. Jeżeli on Ciebie kocha i jest dojrzałym człowiekiem, to zrozumie, iż to, co się wtedy stało, nie jest wynikiem Twojego dążenia. Do zbliżenia doszło pod wpływem brutalnego nacisku tamtego chłopaka. Twoje życie, po tym pierwszym, wymuszonym stosunku, dowiodło, że nie lekceważysz swojej płciowości i chcesz zachować czystość w sprawach seksu. Uczciwe postawienie sprawy dotyczącej Ciebie, a właściwie Was, jako małżeństwa, winno utwierdzić chłopca w przekonaniu o Twoim zaufaniu do niego. Jeżeli Twoje wyznanie spowoduje odejście chłopca - to mimo iż dla Ciebie będzie to bardzo bolesne, w konsekwencji będzie dobre, gdyż będzie to sygnał, że chłopak nie jest osobą w pełni dojrzałą. Małżeństwa często przeżywają trudne chwile, których przyczyną jest naganne zachowanie jednego z małżonków, a czasem niekorzystny zbieg okoliczności. Ważne jest jednak, by umieć sobie wybaczać i starać się zrozumieć drugiego. Jeżeli Twój chłopak nie zrozumie Ciebie w narzeczeństwie, nie będzie umiał tego zrobić i w małżeństwie. Dobrze wiec, że rozstaniecie się teraz, co zaoszczędzi Tobie może wiele bólu i rozczarowań w przyszłości.
Pierwszy kontakt fizyczny jest dla każdego człowieka, a szczególnie dla kobiety, znaczącym przeżyciem psychicznym. W zależności od wrażliwości osoby może pozostać w pamięci przez długi czas.
Współżycie, do którego zostałaś przymuszona, pozostawiło u Ciebie bardzo silne i bolesne wrażenie. Myślę, że i następne zbliżenia będą dla Ciebie też silnym przeżyciem. Jeśli jednak będą one przebiegały w warunkach sprzyjających - a więc z osobą wybraną, kochającą Ciebie i kochaną - z mężem, wówczas pamięć o współżyciu niechcianym będzie się zacierała. Bolesne wspomnienia związane z tym wydarzeniem będą coraz rzadsze.
Życzę Ci z całego serca, by chłopak, którego kochasz albo w najbliższym czasie pokochasz, był osobą dojrzałą i odpowiedzialną, kochającą Ciebie i rozumiejącą. Życzę, by zawarte przez Was małżeństwo było podstawą dobrej rodziny, w której wszyscy czują się kochani i bezpieczni.
Życzę Ci również, by myśl o przeszłości nie przeszkadzała Ci w wypełnianiu Twoich obowiązków, a zastępowała ją myśl o przyszłości, o dobrej i szczęśliwej przyszłości.


Helena
 



PEWNEGO DNIA...


Był piękny, słoneczny dzień. Wypłynęłam wraz z tatą na jachcie "Domino" na jezioro. Płynęliśmy opalając się. Słońce świeciło jasno i żaden, nawet najmniejszy podmuch wiatru nie zakłócił spokoju fal. Na maszcie siedziały skrzeczące mewy. Byliśmy pewni, że nic nie może zakłócić spokoju gładkiej tafli błękitnego jeziora. Myliliśmy się jednak. Nagle - nie wiadomo skąd - zerwał się silny wiatr. Zmarszczył gładkie czoło tafli jeziora. Przestraszyliśmy się. Wiatr wzmagał się i wnet z wiatru powstała wichura. Trzeszczały maszty i reje. Wichura pędziła nas w nieznajomym kierunku. Wtedy coś zatrzeszczało i fale zmyły mnie z pokładu. Straciłam przytomność, gdy ją odzyskałam zobaczyłam nie znaną mi wyspę. Wtedy to przypomniałam sobie książkę D. Defoe "Robinson Kruzoe". Dreszcze przeszły mi po plecach na myśl, że mój los może być podobny do losu Robinsona.
Taty nie było przy mnie. Jezioro było znów gładkie, a ja pośrodku niego na nie znanej mi wyspie. Nie traciłam nadziei, przecież na pewno zaczęto poszukiwania. Musiałam jednak pomyśleć o jedzeniu i o jako takich warunkach mieszkaniowych. Trochę dalej od brzegu była mała jaskinia, a w niej wgłębienia. Postanowiłam urządzić się w niej. Zrobiłam tam sypialnię, spiżarnię i inne pomieszczenia. Za jedzenie służyły mi jagody i owoce innych jarzyn i krzewów. Nadeszła noc, słyszałam głosy różnych zwierząt, m.in. sowy-puchacza. Serce biło mi głośno. Ze łzami w oczach wspominałam rodzinę, bliskich, przyjaciół. Przeczekałam tak do rana. Rano usłyszałam warkot jakiegoś silnika. Wybiegłam z groty na brzeg jeziora. Zaczęłam machać rękoma, aby dać znać o sobie. Helikopter zniżył swój lot, widocznie zauważył mnie na brzegu.
Wylądował niedaleko jaskini. Weszłam do środka i kamień spadł mi z serca. Wreszcie wrócę do domu. Ten dzień wydał mi się wiecznością. Nieznajomą wyspę na cześć jachtu, którym płynęłam tego dnia, nazwałam "Domino". Gdy wróciłam do domu, padłam rodzicom w objęcia. Potem w wolnych chwilach wspominałam mój krótki, ale jakie straszny pobyt na bezludnej wyspie. Porównałam to z pobytem Robinsona i wyciągnęłam wniosek, że człowiek powinien żyć w gromadzie. Powinien mieć jakiegoś przyjaciela. Człowiek samotny jest zawsze zrozpaczony.
 

Alina
 



Długie oczekiwanie na macierzyństwo


Bywają przypadki, że małżeństwo długo oczekuje na urodzenie się dziecka. Próby leczenia przez dłuższy czas nie przynoszą oczekiwanego rezultatu i wreszcie po wielu latach pojawia się nadzieja na urodzenie dziecka. Niezaspokojona dotychczas potrzeba macierzyństwa każe dbać o prawidłowy przebieg ciąży, odrzucić wszelkie szkodliwe nałogi. I to wszystko zazwyczaj udaje się zrobić. Gdy przychodzi rozwiązanie, dziecko staje się pępkiem świata. Ono wówczas zajmuje cały czas kobiecie. Gdzieś na marginesie życia i realiów codzienności snuje się mąż - ojciec dziecka. Bywa, że zostaje wciągnięty w ofiarną i pełną poświęceń miłość do dziecka lub całkowicie odsunięty od niego. Liczy się tylko ono, jego potrzeby, te realne i te wyimaginowane przez matkę. Jest ono celem i drogą, punktem odniesienia wszelkich poczynań matki, ojca, babci. Nikt nie śmie przeciwstawić się zaborczej matce, która ustawia cały dom pod kątem spełniania nie tylko rzeczywistych, ale i urojonych przez nią potrzeb dziecka. Każde pokasływanie owocuje wizytą u lekarza, spocona koszulka prowadzi do zakazu biegania, nieobecność dziecka w polu widzenia matki niepokoi, a rozmowa dorosłych może być przerwana, gdy dziecko zaczyna mówić. Potrzeby matki, a nie dziecka, każą jej pieszczotliwie zwracać się do niego, uzależniać je od siebie, być na każde zawołanie, oburzać się na życzliwe uwagi rodziny i znajomych, że takie postępowanie nie prowadzi do niczego dobrego.
Jeżeli dziecko z nadmiaru chuchania i z braku hartowania jest chorowite, dla matki jest to pretekst do wyeliminowania go ze spełniania jakichkolwiek czynności, do chronienia przed niepowodzeniami i dostarczania mu tylko przeżyć o pozytywnym zabarwieniu. Efektem takiego postępowania jest nie tylko izolacja dziecka przez rówieśników (z powodu jego niezaradności, płaczliwości, ślamazarności), ale także nieodporność na stresy, nieumiejętność godzenia się z porażką, wycofywanie się z sytuacji, w której wyobraża sobie ono niepowodzenie. Ponadto cechuje je brak inicjatywy, postawa uległości kompensowana agresywnością i wymaganiami matki.
Wielokrotnie w swojej praktyce terapeutycznej spotykałem przypadki, gdzie efektem tych uwarunkowań było jąkanie. Jąkaniem próbowało dziecko zwrócić na siebie uwagę, szukać wsparcia, gdy musiało wykazać minimum samodzielności, np. idąc do szkoły. Spotykałem także dzieci jąkające się - warunkowane, jak opisałem wyżej - które w wieku 10 lat nie potrafiły samodzielnie kupić loda, chleba, pójść do sąsiada i zapytać o cokolwiek. Nie potrafiły też odpowiedzieć na proste pytania w obecności matki, mimo normalnego rozwoju intelektualnego. Spojrzeniami w kierunku matki błagały o podpowiedzenie lub reagowały płaczem, gdy próbowałem wyegzekwować odpowiedź samodzielną.

Co to za miłość?


Skłonność do nadopiekuńczości i "ślepej miłości" mają kobiety, dla których opisane zachowania są efektem neurotycznych potrzeb własnych. To egoistyczna miłość własna, a nie koniecznie miłość dziecka na pierwszym planie, każe im tak postępować. Biedne jest dziecko, jeżeli takiej matce nie potrafi lub nie chce przeciwstawić się ojciec i zrównoważyć normalnością jej niekorzystne wpływy. Uległość mężów wobec takich żon bywa dość często spotykana. Tacy rodzice przywożąc dziecko do poradni mówią najczęściej: "niech pan coś zrobi, by przestało się jąkać". Wówczas, gdy widzę zaniedbania wychowawcze, niewłaściwe postawy wobec dziecka, rozpoczynam to, co bywa bardzo trudne, co niejednokrotnie kończy się niepowodzeniem, gdyż matka nie chce i nie widzi potrzeby odstępowania od swoich metod wychowawczych i od dotychczasowego stosunku do dziecka. Nie chce się pozbyć możliwości zaspokajania swoich neurotycznych potrzeb i obraża się, gdy proponuje się jej psychoterapię.
Skłonność do "okaleczających" dziecko zachowań mają niekiedy kobiety samotnie wychowujące dziecko, które opuścili mężowie, gdyż dla nich bycie matką i tworzenie układu "ja - dziecko" było najważniejsze. Układ "my - dziecko", "my - rodzina", "ja - mąż" nie wchodził w rachubę po tym, gdy pojawiło się dziecko. Wśród nich są takie, które swoim zachowaniem dawały odczuć mężom, że są zbędni, gdy zrobili swoje. Dla tych kobiet dziecko jest przedmiotem uwielbienia, ale też narzędziem manipulacji i przetargu przeciwko mężczyźnie, który odszedł. Takie traktowanie dziecka spotyka się także w rodzinach, w których dziecko od maleńkości jest chorowite. Kiedy nieświadome patologicznych zachowań matki dorośleje nadal jest postrzegane jako to, które wymaga więcej opieki, większego zainteresowania. Niekiedy prowokuje ono otoczenie do dalszych, ponad miarę poświęceń i zachowań opiekuńczych. Zdarza się więc, że rodzice nadmierną opieką przedłużają dzieciństwo powodując, że dziecko długo nie może "stanąć" na własnych nogach, że ujawnia ono zaburzenia emocjonalne i niedojrzałość społeczną.
Podobne traktowanie dziecka ma niekiedy miejsce w rodzinach, w których jest ono dużo młodsze od pozostałego rodzeństwa. Bywa wówczas traktowane przez domowników jak maskotka, jak laleczka. Wśród takich rodzin spotykałem matki, które przedłużały naturalny rozwój mowy, co owocowało tym, że dziecko sepleniąc wchodziło w okres szkolny.
Dramatyzm sytuacji takich dzieci polega na tym, że matki nie widzą potrzeby zmiany swego postępowania, a ojcowie nie umieją lub, dla świętego spokoju, nie chcą angażować się w ograniczenie nadopiekuńczości. Natomiast dzieci, demonstrują postawy roszczeniowe. Terapeucie, który nie dostrzega tych zależności, który koncentruje swoją uwagę tylko na objawie, trudno jest przezwyciężyć dolegliwość, trudno jest poradzić sobie z jąkaniem i pomóc dziecku. Szczególnie trudno jest pomóc, gdy pomocy tej nie chce przyjąć matka. Co to za miłość, która nie dba o właściwe wychowanie najdroższej sercu istoty?
Będąc matką warto zastanowić się nad paroma pytaniami:?
Czy moje postępowanie nie ogranicza rozwoju osobowego dziecka?
Czy moje dziecko uczy się być troskliwym, opiekuńczym, czułym, serdecznym i wrażliwym na cudzą krzywdę?
Czy stworzyłam taką atmosferę rodzinną, w której dziecko i mąż czują się na swoim miejscu?
Czy nie przedkładam własnych potrzeb nad rzeczywiste potrzeby, których wymaga wszechstronny i pełny rozwój dziecka?
 

Antoni Bochniarz
 



RÓŻANIEC Z GRANATÓW (IV)


KSAWERY PRUSZYŃSKI


A on znowu z ostra, jakby na całą kompanię krzyczał: "Nie jesteście już żaden Polak: bolszewik jesteście, bolszewik. Rzeczpospolita się was wszystkich wyparła i wyrzekła. Rzeczpospolita pozbawiła was obywatelstwa. To macie, na coście zasłużyli. Odmaszerować!" I tak mnie wzięli, ale jeszcze przez drzwi widziałem, jak siadał z powrotem do kart, ale wzburzony jednak taki, a ten czarny Włoch i ten zielony, i inni mu potakiwali coś zadowoleni. A mnie było wstyd i wstyd, i wstyd, i jak szedłem koło tej sali, gdzie jedzeniem pachniało, a byłem głodny - to słowo daje - nie mógłbym nic wtedy ruszyć, nawet gdyby dali. Ale nie dali nic. "Nic ci twój major nie pomógł!" - zaśmiał się w aucie oficer. A ja nie powiedziałem nic. Tylko myślałem: "major?" W cywilu był. Major? A ojciec bił się w dwudziestym roku! Słowa na wojsko polskie powiedzieć nie pozwalał! Major! Polski major! Pewno był obserwatorem jakimś czy korespondentem jak pan...
Ta część opowiadania kosztowała go najwięcej. Reszta była łatwiejsza. Wypluwał ją z siebie kawałami, jak krwawą plwocinę suchotnik. Nazajutrz rano okazało się, że po tej wizycie zapadł w gorączkę. Irlandczyk go odwiedzał, a potem jeszcze dwaj inni jego koledzy. Warta puszczała, bo mieli przepustki, a potem - bo przywykła i że papierosy angielskie im dawali. I jakoś trzy dni potem przyszli pod wieczór, ale w sześciu, poklęczeli przy nim i naraz nasunęli mu na głowę beret taki, jak mieli sami, narzucili taką samą opończę i go pod ramiona wyprowadzili. Była noc i wartownik był opity, a drugi w ogóle nie pytał. Przed domem stało ciężarowe auto i siedzieli na nim inni. Byli to wszystko ochotnicy irlandzcy, jak ten pierwszy, i na mocy jakiejś umowy międzynarodowej mieli wracać do Irlandii. Wielu z nich to ranni, ze szpitali. Rano byli w San Sebastian. Na widok ich mundurów nie było żadnej kontroli; jeszcze ich kobiety eleganckie, uperfumowane obrzuciły kwiatami, słodkimi pastas, medalikami. I wtedy mu Irlandczyk oddał jego różaniec. Byli też księża i błogosławili im.
- A ja się tylko bałem, żeby gdzie mego grubego nie zobaczyć: on by mi błogosławił! Bo mnie tu obdarowali i obmodlili najhojniej, jako żem najbardziej ranny.
Wieczorem statek był już na morzu. W dwa dni później znaleźli się w Dublinie.
- O, to złoty naród Irlandczycy. I, widzi pan, zbawił mnie różaniec.
Naopowiedział mi tyle dnia tego, iż myślałem, że mu naprawdę lepiej, i ze skruchą wysłuchałem przy opatrunku w ambulatorium łajania siostry Knight, że męczę go gadaniem. Ale nadszedł doktor, spytał, o czym mówimy, i wysłuchawszy, powiedział, że nie. Że nic. Niech mówi. I ja mogę mówić. To mu sprawia ulgę. A zaszkodzić mu już więcej nie może. Powiedział też, że ma w jego sprawie list.
- To był jakiś dzielny chłopak: ocalił życie swemu pułkownikowi. Piszą do mnie o jego stan: ma tu ktoś przyjechać go dekorować. Napisałem, żeby się pośpieszyli. I pan niech będzie dobry dla niego do końca. It won't be very long. Niedługo, poor boy.
Wróciwszy z ambulatorium przyjrzałem mu się uważniej. Doktor miał rację. Jego ręce na kołdrze stały się bardziej żółte i przeźroczyste, i przyschłe do kości, a oczy podkrążyły się sino. Tego dnia mówił już mało. Prosił, żeby mu jeszcze powiedzieć Grenadę i mówiłem mu ją dwukrotnie. Drugiego dnia odzywał się jeszcze mniej. Ale koło południa na końcu sali zrobił się ruch i brzęk jakiś. Leżący popodnosili głowy. Zobaczyłem, jak idzie doktor, siostra i wskazują na nas dwom oficerom, i powiadają, żeby iść ciszej. Ale oni - widać - nie zrozumieli albo nie umieli iść ciszej. Zobaczyłem polskie odznaki.
Wieloletni attache wojskowy polski w różnych stolicach, pułkownik dyplomowany N., był w swej roli. Był zarazem wyniosły i ojcowski, surowy i dostojny, bojowy i wytworny. Miał ręce w rękawiczkach z żółtego peccary, a piersi całe w orderach, a elegancki porucznik w wysokich butach był jakby uzupełnieniem jego rękawiczek, orderów i akselbantów. Była to ceremonia najwidoczniej tak dla niego pospolita, jak dla księdza śpiewanie mszy. Zabierał się do niej z godnością.
- Kapral Łaptak Józef? - upewniał się.
Ranny jakby podniósł głowę. Nie mówił nic, ale jakoś zmrużył z wytężeniem oczy. Patrzył w twarz pułkownika. Ten był z kolei ojcowski.
- Skądżeście, Łaptak?
Ten nie dosłyszał widać, bo jakby go zatkało, tylko patrzył coraz uporczywiej. Pułkownik, dobrotliwie, powtórzył raz jeszcze:
- Z Polskiście?
- Z... z Francji.
Coś naraz niesamowitego było dla mnie w tym głosie, w pytaniu tym, odpowiedzi. Gdzież ja to kiedyś słyszałem? Ale pułkownik był uroczysty:
- Kapralu Józefie Łaptak! Na polu walki z odwiecznym wrogiem naszej ojczyzny zachowaliście się jak prawy i nieodrodny syn naszej wspólnej matki,
Rzeczpospolitej Polski. Przynosicie dumę naszej rodzinie i całemu polskiemu wychodźstwu we Francji. W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, z rozporządzenia jej władz najwyższych, otrzymaliście Krzyż Walecznych! Miał go w ręce i prawie, prawie że nachylał się nad Łaptakiem. Ale naraz wyprostował się znowu. W oczach
Łaptaka było coś nieprzytomnego tym razem. Myśleliśmy, że schwytał go nagły ból albo wzruszenie za silne. Aż pułkownik, przerażony, zapytał:
- Co wam, Łaptak? Słyszycie mnie?
- Słyszę - szepnął ranny tym swoim cichym, wyraźnym głosem. - A pan major... pan major... mnie poznaje?
Pułkownik ściągnął brwi. Męczył się. To nieładnie nie poznawać. Królowie i wodzowie muszą mieć pamięć twarzy. Wyraźnie się męczył. Począł nadrabiać: - Tak, Łaptak, rzeczywiście, zaraz no, zaraz, czekajcie... Gdzież to ja was ostami raz...
Od łóżka szedł szept jak syk:
- Pan major mnie tylko raz... To było w Tudeli... Tudela... - powtórzył. - A ja byłem...
Twarz pułkownika stała się naraz ciemna, tak napłynęła krwią. Cofnął się o krok od łóżka. Opuścił rękę z orderem. Przystojny adiutant patrzył oniemiały: on jeden tylko nie rozumiał, co się stało. Ale pułkownik to człowiek bywały. Opanował się. Zaczął mówić zupełnie innym niż dotąd głosem. Ani uroczystym, ani ojcowskim, ani wodzowskim. Jakimś dziwnie ludzkim.
- Ach, to wy, wtedy... Przykro mi... Ja... doprawdy... Przykro...
Adiutant patrzył oniemiały na swego wodza. Pewno go nigdy nie widział takim. Ja podniosłem się. Patrzyłem na twarz Łaptaka. Znikło z niej naprężenie sprzed chwili. Zjawił się tylko bardzo smutny, jesienny uśmiech...
- Zdarza się... tak, to ja... dobrze... dobrze... ale... niech pan major... już mnie i teraz... zostawi... mnie... już niedługo...
Miał rację. Rzeczywiście było niedługo. Lekarz też miał rację. Jakoś ledwo w godzinę potem przysunięto biały parawan, przyszedł ksiądz, czarnooki dominikanin w szerokiej białej sutannie pod czarnym płaszczem, i wsunął się w szumie tej sutanny za parawan. Przyszła siostra i doktor i mówili do siebie cicho, aż nie słychać było jego głosu. Leżałem nasłuchując, kiedy siostra podeszła do mnie i podparła mnie:
- On chce pana jeszcze zobaczyć. Myślałem, że mi coś powie, ale poruszył tylko wargami.
- Józek, Józek - powiedziałem i myślałem, że może chce tę Grenadę.
Ale siostra potrząsnęła głową.
- On już nie może mówić, on już nie słyszy. On jeszcze tylko widzi. Może mu pan zrobi jaki znak? Jakiś polski znak. Polski znak? Nie znałem żadnego polskiego znaku. Ale zaraz uświadomiłem sobie, że jest jeden znak, jakiego sam nie robiłem, który moim nie był, ale który temu człowiekowi wchodzącemu w śmierć przypomni to, co było jego młodością i jego wiarą, i jego ofiarą, i jego wzlotem i najpiękniejszym, i najbardziej gorzkim w jego młodym, dopalającym sią życiu. I tak, aby ją widział, póki jeszcze widzieć będzie, podniosłem pięść zwiniętą w kułak, pięść, jak oni podnosili ją w Hiszpanii. Tak. To był znak. I trzymałem ją tak na jego oczach, aż odwracały się w górę, stawały znieruchomiałe i szklane, i nim nie włożyłem mu - na zawsze - tego jego wykupionego różańca.
 



Bajeczka ortograficzna

NARODZINY NOWEGO DNIA


Zza horyzontu, jeszcze leniwie, jeszcze jakby od niechcenia, niepewnie i trwożliwie wyłaniają się pierwsze promienie słońca. Kruczoczarny od tej pory nieboskłon zaczyna pod wpływem tych płochliwych promyczków ożywać, rozjaśniać się. Czerń ustępuje miejsca granatowi, granat porannej szarudze. Nad światem nie panują już nieprzebrane ciemności, jest on teraz spowity w przytulny szal półmroku. I oto nagle, ni stąd, ni zowąd niebo zaczyna płonąć. Nasamprzód żarzy się tylko malutka żółtozłota iskierka. Wkrótce jednak jest ich tysiące. Gdzie tylko nie spojrzeć płoną one na niebie radosnym blaskiem, by na koniec połączyć się w jedno przepiękne purpurowo-złote ognisko. Niezadługo do tego niepohamowanego, szalonego tańca przestworzy dołącza się i przyroda.
Swój hymn na cześć wschodzącego słońca i powolutku budzącego się dnia zaczynają wyśpiewywać ptaki. Ten wczesnoporanny minikoncert rozpoczynają trele słowika, za chwilę słychać też wilgę, szczygła, trznadla, wreszcie całą ptasią menażerię. Tu i ówdzie, spod przybrzeżnych kęp trzciny i tataraku, daje się słyszeć rechot żab.
Zaczynają wrzeć pełnią życia także rośliny: drzewa, krzewy, najlichsze nawet trawki. Budzą się ze snu wianki rozchodników i macierzanki, wachlarze paproci, pędy widłaków i powoi. Poranna rosa orzeźwiła je swoim chłodem. Jeszcze nie rozbudzony wiatr delikatnie strząsa pękate krople dżdżu z bladozielonych listków brzóz, wierzb, dębów i wiązów. Nowy dzień objął już w swe władanie i niebo, i ziemię, i lasy, i pola, i łąki.
 

Danuta Krzyżyk
 



Czytelnicy piszą


Sarnaki, to dość duża osada na Podlasiu. Kryzys, który tutaj istnieje, dotknął chyba wszystkich i wszystko. Jednak najbardziej bolesne jest to, że mało się dzieje pod względem kultury. Jesteśmy grupą młodzieży, która postanowiła w tym czasie coś robić. Ponieważ dzisiaj ludzie, a zwłaszcza młodzi, mało czytają książek, zwłaszcza tych dobrych, dlatego postanowiliśmy założyć bibliotekę parafialną w Sumakach. Jej celem jest propagowanie czytelnictwa literatury religijnej i nie tylko, w społeczeństwie, a szczególnie wśród młodzieży. Biblioteka ta istnieje od kilku miesięcy, lecz posiada niewiele książek, ponieważ nie mamy pieniędzy na ich zakupienie. Czy ma ona upaść? Tego byśmy nie chcieli. Więc zwracamy się do Waszego Wydawnictwa o pomoc. Jeśli Was stać, wspomóżcie naszą bibliotekę parafialną dobrymi książkami dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Z góry bardzo serdecznie dziękujemy.

Zarząd Młodzieżowy Biblioteki
Parafialnej w Sarnakach,
ul. Kilińskiego l,
08-220 Sarnaki, woj. bialskopodlaskie

Od redakcji: Jeżeli ktoś z Czytelników może wesprzeć Bibliotekę Parafialną w Sarnakach, bardzo o to prosimy.
 



KOCHANY POWIERNIKU

Bardzo Was proszę, napiszcie o tym, żeby się dowiedziały o tym wszystkie dziewczyny, bo one zawsze tylko narzekają na chłopaków, a wcale tak nie jest, że to
zawsze z winy chłopców rozpadają się miłości. One też nie zawsze są czyste i święte. O, właśnie, święte to już wcale.
Ale opiszę wszystko po kolei. Chodziłem z dziewczyną, bardzo mi na niej zależało, robiłem wszystko, aby jej pomagać we wszystkim. Wydawało mi się, że jej też na mnie zależy, niestety...
Wszędzie chodziliśmy razem, ona nawet przychodziła do mojego domu, moja mama jest życzliwa moim koleżankom, ale ja Sabinę rzeczywiście kochałem, ja zrobiłbym dla niej wszystko, i wiesz, Kochany Powierniku, dlaczego ona ode mnie odeszła, dlaczego mnie tak potraktowała? Bo chciałem z nią chodzić także do kościoła. To był jeden z zarzutów, kiedy mi powiedziała, że przestajemy się spotykać i odwiedzać, bo ty za często mnie ciągniesz do kościoła. Pokłóciliśmy się wtedy bardzo ostro, bo ja tak jestem wychowany, że do kościoła chodzimy, i nie widziałem nic w tym złego, że razem z nią chciałem chodzić do kościoła.
A ona zrobiła z tego zarzut i powód do rozstania, bo właściwie innych powodów nie widzę. Co prawda u niej w domu do kościoła się idzie od wielkiego dzwonu, tzn. na Wielkanoc i Boże Narodzenie, a u mnie inaczej. Myślałem, że się dogadamy. Ona bardzo mi się podoba, przebeczałem więc trzy noce, lecz ona już z kimś innym chodzi. To się zdenerwowałem i to jeszcze jak? Niech więc dziewczyny nie narzekają, że chłopcy są okropni. Oni czasami są tacy, jakie są dziewczyny.
Tylko mi szkoda, bo ja chciałem jej pomóc.
Serdecznie pozdrawiam powiernikową rodzinę. Będę musiał z powodu Sabinki nadrabiać zaległości w nauce. Bardzo mi smutno.
 

Janek M. (nazwisko i adres znane redakcji)
 


[archiwum 1989] [archiwum 1991] [archiwum 1992] [archiwum 1993] [archiwum 1994]

 [archiwum 1995] [archiwum 1996] [archiwum 1997] [archiwum 1998] [archiwum 1999]

[strona główna] [adres] [e-mail] [książki]