MAJ 1994

 


 

SPIS TREŚCI:

 

W dniu Twojego święta dziękuję Ci, Mamo!

Kochana Mamo... - Córka

Pochodzę z rodziny wielopokoleniowej... - Rozmowa z dr Krystyną Rożek-Lesiak

Wychowanie do miłości małżeńskiej i rodzicielskiej - dr Stanisława Mielimąka
Kontakty seksualne małżonków w czasie oczekiwania na urodzenie dziecka - dr Dorota Biela
Miłość i seks - Phil Bosmans

Przed kilkunastu laty... - Anna Majewska

Wspólnota - Andrzej Lesiak

Powiernik nastolatków

Różaniec z granatów (II) - Ksawery Pruszyński
Radość czyni ludzi pięknymi - Barbara Pytlos
Czytelnicy piszą

List otwarty do premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Waldemara Pawlaka

 


 

W dniu Twego święta dziękuję Ci, Mamo!

Otrzymuję od mojej mamy miłość i ciepło, pomoc w nauce i trudnych chwilach. Pociesza mnie, gdy płaczę lub coś mnie boli. Lecz najbardziej lubię codziennie pieszczoty. Za to wszystko dziękuję Ci, Mamo.


Kinga M. - lat 9

Kocham moją mamę, ponieważ jest dobra, od czasu do czasu chodzi ze mną na spacery, ogląda ze mną telewizję i jest moją przyjaciółką, i pomaga mi w lekcjach, dlatego kocham moją mamę.


Paulina D. - lat 7

Za troskę o mnie, za uśmiech, a przede wszystkim za to, że jestem, że żyje.
 

Magda Ł. - lat 15

Kocham cię Mamo za to, że kochasz mnie tak bardzo i w słońcu opalasz się ze mną. Chodzisz ze mną na spacery, od czasu do czasu wybieramy się na rowery. Podlewamy kwiatki w ogródku Agatki. Choć czasem nic się nie udaje, a my z mamą kochaną próbujemy dalej.
 

Ewa Z. - lat 9

Kocham, kocham, kocham Ciebie, Mamo!
 

Marek S. - lat 14

Kocham moją mamę za to, że ona jest sprawiedliwa. W trudnych chwilach zawsze wysłucha, co mam do powiedzenia i pocieszy. Potrafi być uśmiechnięta, gdy ja się cieszę, smutna, gdy ja się smucę. Kiedy nawet jest bardzo zmęczona i ma dużo pracy, wyjdzie ze mną na spacer, pomoże w nauce. Mamusia stara się pomagać również innym dzieciom, które są biedne i opuszczone przez rodziców.
 

Gabrysia M. - lat 10

Za Twoje pierwsze spojrzenie, uśmiech, radość, że jestem,
Za noce nieprzespane, dni niepokoju, gdy stawiałam pierwsze kroki niezdarne,
Za chwile na górskich szlakach, Dobroć, zrozumienie.
Za miłość najpiękniejszą, która łzy zawsze ociera, mocno do serca przytula.
Za współczucie, przebaczanie, Za to, ze jesteś moją Mamą.
 

Agnieszka K. - lat. 11

Chciałabym podziękować swojej mamie w dniu Jej święta za to, że mnie urodziła, a po urodzeniu zaprowadziła pierwszy raz do kościoła na chrzest. Chciałabym jeszcze podziękować mamie za to, że mi daje jeść i ubiera i za to, że się mną opiekuje i że mnie bardzo kocha, i rok temu cieszyła się tym, że przystąpiłam do pierwszej Komunii świętej.
 

Kasia R. - lat 9

Nie wiem, czy znajdę słowa podziękowania za ogromną miłość i troskę mojej Mamy o mnie, za jej anielską opiekę i dobroć, za to, że zaszczepiła w nas (tzn. we mnie i w moim rodzeństwie) głęboką wiarę, miłość do przyrody, wrażliwość na piękno muzyki, sztuki. Za to, że zawsze potrafi zrozumieć, przebaczyć, przytulić, służyć mądrą radą, że przy Niej czujemy się najbezpieczniej. Za to, że zawsze - odkąd pamiętam - przedkładała nasze dobro, zdrowie, problemy nad swoje, za Jej nadzwyczajną cierpliwość i wyrozumiałość, za to, że zawsze i w każdym momencie jest dla nas otwarta, za Jej zawsze uśmiechniętą twarz. Za to, że w trudnościach potrafi nas podnieść na duchu, pokrzepić. Ponieważ nie znajduję słów, by wyrazić wdzięczność Mojej Kochanej Mamie, dedykuję Jej słowa poety:

"Posyłam kwiaty - niech kielichy skłonią i prószą srebrną rosą jak łezkami,
Może uleci z nich najczystszą wonią, Wyraz drżącymi szeptany ustami,
Może go one ze sobą uniosą, I rzucą razem z woniami i rosą..."
 

Ania K. - lat 17
 


 

Do wszystkich podziękowań dołącza się "Powiernik Rodzin", składając jednocześnie Mamom najlepsze życzenia - aby wszystkie serca dziecięce wypełnione były dla Was wdzięcznością. Niech ich miłość i troska towarzyszy Wam zawsze.
 

Redakcja
 



Kochana Mamo,


Niestety, nie mogę tego pamiętać - choć bardzo bym chciała - byłam po prostu za mała, żeby cokolwiek zrozumieć. Za to Ty na pewno doskonale pamiętasz to wydarzenie; byłaś wtedy chyba najszczęśliwszą z Matek. Bo czyż chwila, w której kobieta staje się Matką, nie jest dla niej najszczęśliwszą?
Mówiłaś mi, że Bóg zsyłając w darze dziecko zobowiązuje Matkę do godnego wychowania małego człowieka; że daje swą Wielką Miłość, którą Ona ma przekazać swemu dziecku - ma nauczyć je miłości Bożej, miłości bliźniego. Więc "wzięłaś mnie", Mamo za rękę i wprowadziłaś w świat smutku i radości, świat ciężkiej pracy (nie tylko tej zawodowej), a jednak pełen uroku. Pamiętam te "nasze małe rozmowy", kiedy Ty siadałaś w fotelu, a ja na twoich kolanach albo na dywanie. Opowiadałaś mi wtedy o swoich przeżyciach i doświadczeniach dając zarazem cenne rady i wskazówki, jak należy odnaleźć tę właściwą "ścieżkę", aby nie zbłądzić. I te wieczory, gdy byłam mała, kiedy kładłaś mnie do łóżka - wspólnie modliłyśmy się, a "na zaśnięcie" opowiadałaś mi bajkę, albo śpiewałaś ulubioną piosenkę. Nigdy tego nie zapomnę!
Wiesz, Mamo, czasem myśląc o Tobie przyrównuję Cię do górskiego przewodnika. Tak jak on prowadzi w góry swoją grupę, tak Ty prowadzisz mnie przez życie; tak jak on chroni turystów przed niebezpieczeństwem, wybiera łagodniejsze ścieżki, tak Ty chronisz mnie przed złem. Jak przewodnik uczy turystów szacunku i piękna górskich szczytów, tak Ty uczysz mnie szacunku i umiejętności dostrzegania piękna w drugim człowieku.
Przyrównuję cię do górskiego przewodnika, lecz Ty jesteś kimś większym niż on, nie umiem tego wyrazić słowami, ale na pewno zrozumiesz, o co mi chodzi. Czasem stawiam sobie pytanie: co by było, gdybym nie miała matki albo gdybym miała inną? Wyobrażam sobie taką sytuację i zawsze wydaje mi się, że nie mogłoby być inaczej - że tak jak jest, jest najlepiej.
Wcześniej Ci tego nie mówiłam, więc zrobię to teraz. Kiedy byłam mała, a Ty z Tatą wychodziłaś z domu, bardzo bałam się zostać sama. Powiesz może:
- No, dobrze przecież większość dzieci się boi.
To nie był taki strach. Bałam się o Was, bałam się, żeby Wam się nic nie stało, żebyście wrócili cali i zdrowi. A wyglądało to mniej więcej tak, że dopóki nie było późno, to wszystko było w porządku, ale gdy wasza nieobecność stawała się dłuższa niż to było przewidziane, zaczynały nachodzić mnie "czarne myśli" i ogarniało mnie przerażenie. Nieraz nawet, nie mogąc znieść takiego wyczekiwania w napięciu, ratowałam sią przyprowadzając do domu koleżankę mieszkającą obok, bo w jej towarzystwie trochę się uspokajałam. A kiedy widziałam przez okno, że wracacie, szybko starałam się opanować, żeby niczego po sobie nie pokazać. Oddychałam wtedy z ulgą i dziękowałam Bogu, że nic się nie stało. Wydaje mi się, że dzięki temu poznałam, ile może znaczyć Matka (i w ogóle oboje rodziców), a zwłaszcza jeśli jest naprawdę wspaniała.
Dlatego chciałam Ci, Mamo, podziękować za to, że jesteś i że jesteś właśnie taka, a nie inna. Nie umiem niestety powiedzieć Ci wszystkiego, co bym chciała, bo brakuje mi słów, żeby to wszystko wyrazić. Ale wiem, że potrafisz odczytać moje myśli, a na razie powiem Ci tylko, że Cię kocham i proszę słowami poetki:
"Bądź przy mnie blisko, bo tylko wtedy nie jest mi zimno chłód wieje z przestrzeni, kiedy myślę jaka ona duża i jaka ja to mi trzeba twoich dwóch ramion zamkniętych dwóch promieni wszechświata"
- bądź po prostu moją Mamą!
 

Córka

 



Pochodzę z rodziny wielopokoleniowej...

Rozmowa z dr Krystyną Rożek-Lesiak, nauczycielem akademickim adiunktem w Śląskiej AM, specjalistą chorób wewnętrznych - onkologiem, radną miasta Zabrza, przewodniczącą Komisji Zdrowia i Pomocy Społecznej w Sejmiku Samorządowym Województwa Katowickiego, w wyborach wrześniowych kandydatką do Senatu RP, matką trzech synów.

PR - Krysiu, pochodzisz z rodziny z tradycjami, w której życie podporządkowane było, tak jak i teraz twoje, pewnym sprawdzonym wartościom.
K.L. - Tak. Są dwie zasadnicze wartości, które porządkują moje postępowanie - wiara i rodzina. Cenię sobie to, że mam szczęście mieszkać w domu, w którym urodziła się moja mama, ja i moi synowie.
Ta ciągłość pobytu w jednym miejscu i współżycie ze sobą wielu pokoleń wiąże się w moim przypadku z przekazywaniem tradycji rodzinnych, pomaganiem sobie wzajemnie, szacunkiem dla rodziców i uczeniem się wielu, wielu rzeczy. Żywe w moim domu były wartości patriotyczne i wolnościowe. Takie współżycie kształtowało moją postawę, a teraz kształtuje postawy moich dzieci. Uczyłam się w praktyce dnia codziennego otwartości na potrzeby innych i tolerancji.
Moja babcia została bardzo wcześnie wdową z 3 dzieci. Nigdy nie narzekała na swój los, była bardzo pracowita i zorganizowana, podobnie moja mama, która po śmierci ojca, a było nas pięcioro, starała się, abyśmy pokończyli studia, ale przede wszystkim o to, abyśmy byli porządnymi ludźmi. I babcia, i mama przywiązywały ogromną wagę do uczciwego postępowania, okazywania pomocy innym. Dzięki nim wybrałam zawód lekarza. Pamiętam też, że gdy namawiano mnie do wstąpienia do ZMP w roku 1955, byłam wtedy w klasie maturalnej, mój ojciec zabronił mi tego, mówiąc: "najwyżej nie zdasz matury, ale będziesz porządnym człowiekiem".
Był czas, że w moim domu, pod jednym dachem mieszkały cztery pokolenia, i wcale nie chce powiedzieć, że było to życie łatwe, pod wieloma względami na pewno trudne, ale w sumie przyniosło ogromne korzyści dla nas wszystkich, bo to już była taka mała społeczność i każdy z nas musiał zważać na potrzeby drugiego. Był też czas, gdy w tym domu mieszkali moi bracia z rodzinami, wspominam to jako wspaniały okres w życiu mojej rodziny. Kiedy zmordowani całodzienną pracą wieczorem układaliśmy dzieci do snu, stać nas było jeszcze na wieczorne rozmowy, wymianę myśli, wzajemne rady, wyjaśnianie nieporozumień, pretensji. Kiedy wybiegam myślą w tamtą przeszłość, przypominają mi się słowa piosenki: "Wesołość ptasich gniazd...", to taka zwykła piosenka, śpiewana chyba przez I. Santor, ale jakoś mi się kojarzy z moim rodzinnym domem, ona zresztą chyba taki tytuł nosiła - "Dom".
PR - Uważasz, że rodzina polska przeżywa kryzys?
K.L. - Moim zdaniem tak. I to wcale przez nią nie zawiniony. Po prostu inaczej być nie mogło po przemianach w 1989 r. Mass media, uwolnione z więzów cenzury, bez wykształconego poczucia odpowiedzialności za słowo, zaczęły lansować konsumpcyjny model życia. Silnie rozbudzane są oczekiwania w sferze materialnej, relatywizm moralny staje się normą postępowania i wreszcie źle pojmowane pojęcie wolności - to wszystko nie sprzyja rozwojowi rodziny. Zresztą nazwijmy to tak, jak pewne zjawiska nazywać się powinno: w Polsce toczy się walka o duszę człowieka. Wyjątkowo szkodliwe jest, jak mi się wydaje, tworzenie atmosfery, że pielęgnowanie podstawowych wartości jest staroświeckie, zaściankowe, niemodne, niewspółczesne itd. Jeżeli ktoś nazywa zło po imieniu, zarzuca mu się brak tolerancji, a przecież propagowanie pornografii i swobody seksualnej musi przynieść negatywne skutki społeczne.
Przerażenie mnie ogarnia, gdy Pomyślę, że moje dzieci i młodzież w ogóle mają być edukowane w tej dziedzinie w sposób nieodpowiedzialny i przez osoby nieprzygotowane lub świadomie ukrywające prawdę, np. o skutkach ubocznych środków antykoncepcyjnych. Tu trzeba naprawdę szybko działać i zapobiegać złu, zanim będzie za późno. Zresztą Zachód i Stany Zjednoczone zapłaciły za liberalizm w dziedzinie życia seksualnego, a u nas niektórzy jakby nie chcą o tym wiedzieć, ani słyszeć. Zebrano tam obfite żniwo w postaci wielu chorób społecznych. Tam się powraca do tradycyjnego modelu rodziny. U nas jeszcze leczenie przyczynowe jest możliwe, ale potrzeba wiele pracy, by uzmysłowić naszemu społeczeństwu wagę tego problemu. No i konieczna jest zmiana chociażby antyrodzinnego ustawodawstwa (podatki).
PR - Krysiu, mówiąc o sprawach rodziny trzeba by chyba koniecznie wspomnieć o demograficznych zagrożeniach naszego kraju.
K.L. - Sądzę, że jest to istotne pytanie, gdyż problem ten nie jest wystarczająco nam wszystkim uświadamiany. Mimo iż zdawałam sobie sprawę ze zmniejszającej się z roku na rok liczby urodzin, to dopiero opracowanie "Trendów demograficznych" dla potrzeb Sejmiku Samorządowego Województwa Katowickiego uzmysłowiło mi jego skalę. Otóż przyrost naturalny w woj. katowickim zmniejszył się z ok. 9,3 promila w roku 1983 na 1,1 promila w roku 1993. W niektórych gminach przyrost naturalny jest ujemny. Rośnie też liczba ludności w wieku poprodukcyjnym, jesteśmy społeczeństwem starzejącym się. Tak znaczny spadek liczby urodzin sygnalizuje właściwie sytuację alarmową. Odwrócenie tego trendu wymaga całkowitej zmiany polityki społecznej, a także zmiany nastawienia do rodziny w ogóle, a do rodziny wielodzietnej w szczególności. Konieczna jest szeroka działalność edukacyjna, by odbudować szacunek dla macierzyństwa. Ważne, aby zasady wychowania do życia w rodzinie znalazły właściwe miejsce w szkole. Jest to ogromne zadanie dla wszystkich nauczycieli i wychowawców. Sądzę, że obecny rok, poświęcony rodzinie, stworzy wiele okazji do uwrażliwienia nas na te sprawy.
PR - Jak wiem, jest już ustawowo gwarantowany zasiłek dla matek oczekujących dziecka.
K.L. - Jest to pierwszy maleńki krok we właściwym kierunku. Zasiłek ten wypłacany jest do 6 miesiąca życia dziecka, moim zdaniem jest to okres zbyt krótki, a niestety, w rozmowie z panią dyrektor departamentu Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej, usłyszałam o zamiarze jego skrócenia. Smutne, prawda?
PR - Poza wieloma funkcjami społecznymi jesteś lekarzem. Twoja specjalność wymaga od Ciebie wiele wysiłku, ale przede wszystkim jesteś matką, co sama z dumą podkreślasz. Masz chłopców nie tylko dobrze wychowanych, lecz również udzielających się społecznie. Kiedy znajdujesz czas dla swoich dzieci?
K.L. - Oboje z mężem, od momentu pojawienia się naszych dzieci na świecie, staraliśmy się maksymalnie poświęcać im czas. Nigdy też nie spędzaliśmy urlopów bez naszych dzieci. Bardzo rzadko powierzaliśmy je opiece innych osób, opiekowaliśmy się nimi sami, mąż pracował na zmiany. Było to czasami bardzo trudne, ale my po prostu staraliśmy się za każdą cenę, być rodziną, chociaż nie brakowało nam kłopotów i trudności. Od początku, od chwili urodzin naszych dzieci staraliśmy się, aby w naszej rodzinie była atmosfera wzajemnego zaufania i| zrozumienia. To przynosi owoce, jak widzisz. Cieszę się, bo moi chłopcy niej są egoistami, dostrzegają potrzeby innych ludzi, tych z najbliższego sobie otoczenia, kolegów w szkole, mają szacunek dla osób starszych.
PR - Wiesz, żałuję, że nie będę mogła opowiedzieć wszystkiego dokładnie czytelnikom "Powiernika Rodzin", ramy naszego miesięcznika są szczupłe, ale myślę, że jeszcze się spotkamy, by porozmawiać o Twojej pracy społecznej i zawodowej. Jeżeli miałabym w wielkim skrócie podsumować naszą rozmowę, to powiedziałabym tak: Dla Ciebie i dla Twoich dzieci rodzina była wykładnią norm moralnych.
K.L. - Nie zastąpią w tym rodziny najwspanialsze szkoły, uniwersytety i instytucje.
PR - Czy chciałabyś coś przekazać Czytelnikom Powiernika...?
K.L. - Chyba to, że pismo jest za mało propagowane, a o to powinni się starać Czytelnicy również. Jest tego warte. I jeszcze życzyć im jak najmniej problemów we własnych rodzinach, przezwyciężania kryzysów i szczęśliwych układów rodzinnych.
PR - Dziękuję Ci za miłe słowa pod adresem pisma, a szczególnie serdecznie za rozmowę.
 

Rozmawiała Barbara Pytlos
 



WYCHOWANIE DO MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ I RODZICIELSKIEJ
 

Dr  STANISŁAWA MIELIMĄKA

Wykład wygłoszony na konferencji na temat wychowania prorodzinnego "Człowiek wobec siebie, człowiek wobec innych".


Wychowanie stanowi dziedzinę społecznej rzeczywistości wymagającą - zwłaszcza w roku rodziny - pogłębionej refleksji.
Istotę wychowania stanowi celowa pomoc udzielana dziecku w rozwoju drzemiących w nim potencjalnych możliwości w wyzwalaniu od nacisków sfery popędowej. Pomoc ta ma doprowadzić do tego, by człowiek zarówno w pełni "żył" i "był" w świecie dynamicznego i jednocześnie coraz bardziej zróżnicowanego rozwoju cywilizacyjnego.
Pomoc ta nie jest jednak łatwa, gdy weźmie się pod uwagę występowanie licznych zagrożeń biologicznych, stępienie wrażliwości społecznej , zacieranie się tożsamości kulturowej i poczucia przynależności ludzi do miejsc, tradycji. Rodzą się w związku z tym liczne dylematy współczesnego wychowania, odnoszące się również do kwestii przygotowania do życia w małżeństwie i rodzinie.
1. Czy dziecko końca XX wieku powinno być wychowane przede wszystkim na obywatela świata, czy raczej w pierwszym rzędzie na członka określonej kultury, grupy etnicznej, narodu?
2. Czy należy maksymalnie rozwijać wrażliwość na drugiego człowieka, zdolności empatyczne, solidarność międzyludzką, czy raczej uodparniać dziecko na zalew
informacji o cierpieniach ludzi na całym świecie?
3. Czy należy uczyć wartości i wartościowania poprzez wyraźne wzorce, czy też - zakładając całkowity relatywizm wartości - pokazywać jedynie możliwości wyboru?
4. Czy należy kształtować przede wszystkim człowieka totalnie wolnego, rezygnując z tradycyjnych wymagań, czy też poprzez stawianie trudnych zadań kształcić charakter, uczyć samoograniczania się i liczenia z innymi ludźmi, przygotowywać do sytuacji i doświadczeń trudnych?
5. Czy należy kształcić do akceptowania u siebie i u innych różnych ograniczeń obiektywnych, czy raczej rozwijać człowieka sukcesu?
6. Czy należy wskazywać młodemu człowiekowi określony sens życia, proponować wzory i autorytety, czy raczej starać się niczego nie sugerować, a jedynie informować o różnych możliwościach nadawania sensu własnemu życiu?
Przedstawione dylematy tracą swą ostrość, gdy przyjmie się, iż zarówno nauki o wychowaniu jak i praktyka wychowawcza nie mogą uchylać się przed wyraźnymi wyborami filozoficznymi, jak i przed jasnymi deklaracjami związanymi z przyjęciem określonej koncepcji człowieka. W praktyce wychowawczej jest to propozycja przedstawiona dwukrotnie. Najpierw rodzicom decydującym w myśl własnych wyobrażeń o dobru dziecka i - w jego imieniu - o kierunku wychowania, później - już bezpośrednio - młodemu człowiekowi, który na własną odpowiedzialność konstruuje swój model życia.
Nauka Kościoła uwzględnia tę propozycję realizując przygotowanie do małżeństwa, dalsze, bliższe i bezpośrednie. Wymaga ono obecności w procesie wychowania rodziców, katechetów oraz kompetentnych osób świeckich.
Ośrodkiem uczenia się jest rodzina. To w niej człowiek najwcześniej i w bezpośrednich relacjach nabywa wiedzę, umiejętności i sprawności, tworzy własną tożsamość, uczy się zachowań społecznych, przyswaja wartości, poszukuje sensu własnego życia. Dlatego też w pierwszym rzędzie właśnie rodzinie potrzebna jest pomoc w rozwoju - zarówno u rodziców jak i u dzieci - świadomości i motywacji podejmowania działań prorodzinnych.
Jednym z koniecznych warunków skuteczności owych działań jest posiadanie określonej wizji małżeństwa i rodziny.
O miłości w ogóle wiele się mówi i pisze. Miłości małżeńskiej i rodzicielskiej sporo uwagi poświęcają psychologowie, pedagodzy, prawnicy. Znajduje ona swoje miejsce również w dokumentach Kościoła. Zagadnienie miłości małżeńskiej i rodzicielskiej pragnę omówić uwzględniając trzy aspekty: rozwojowy, filozoficzny i teologiczny.

Miłość małżeńska i rodzicielska w ujęciu rozwojowym.


Powszechnie znane jest powiedzenie, że człowieka wychowuje się na dwadzieścia lat przed jego urodzeniem. Powiedzenie to jest wyrazem przeświadczenia, iż istotny wpływ na rozwój postaw wobec drugiego człowieka ma dziedzictwo kulturowe. Nie bez znaczenia jest zatem to, jaki poziom rozwoju osobowego reprezentowali dziadkowie, jakie metody wychowawcze stosowali wobec dzieci, które albo powielają owe wzorce później w swoich rodzinach prokreacyjnych, albo też - odrzucając je zupełnie - sięgają po metody będące ich zaprzeczeniem. Wiadomo jednak, że zachowania rodzicielskie przyswajane są w istotnej mierze na drodze identyfikacji dziecka z osobami znaczącymi, stąd ich ogromna rola w kształtowaniu postaw wobec innych osób.
Poza dziedzictwem kulturowym ważne są - jeśli nie najistotniejsze - czynniki natury osobowościowej, uzdalniające w większym lub mniejszym stopniu do pełnienia roli małżeńskiej i rodzicielskiej. Realizacja miłości w sposób dojrzały wymaga:
- realistycznej percepcji siebie, innych ludzi i zadań; stan dojrzałości nie usiłuje nagiąć rzeczywistości do własnych potrzeb i fantazji;
- filozofii życia, czyli zrozumienia celu i sensu życia, poczucia odpowiedzialności i własnej wartości, religii;
- samoobiektywizacji, czyli wyglądu i poczucia humoru;
- emocjonalnej równowagi, zwanej również emocjonalną pewnością; empatii, czyli zdolności do współodczuwania, zażyłości z innymi, zrozumienia i poszanowania drugiego człowieka;
- zdolności do alterocentryzmu, czyli liczenia się z potrzebami innych osób;
- serdecznego stosunku do siebie;
- odpowiedniego poziomu kultury osobistej;
- właściwego obrazu roli własnej i roli partnera w małżeństwie;
- prawidłowej orientacji seksualnej;
- umiejętności otwartego, bezpośredniego i partnerskiego porozumiewania się;
- umiejętności rozwiązywania sytuacji konfliktowych;
- zdolności przebaczania sobie i innym;
- zaangażowania w podjęte zadania;
- prawidłowej motywacji zawarcia związku małżeńskiego.


Z niepokojem trzeba stwierdzić, że większość tzw. ludzi przeciętnych - o czym pisał już przed laty prof. Kazimierz Dąbrowski, znajduje się na najniższym poziomie rozwoju osobowego, tj. na poziomie integracji pierwotnej, który cechuje: prymitywna integracja popędowa z inteligencją podporządkowaną tym popędom, jednostronny rozwój intelektualny z niedorozwojem uczuć wyższych, brak empatii, konfliktów wewnętrznych, wrażliwości na cierpienie innych.
Jak rozbudzić u tych osób motywację zaangażowania się we własny rozwój? Zadanie to niesłychanie trudne!
 

cdn.

Stanisława Mielimąka
 



Kontakty seksualne małżonków w czasie oczekiwania na urodzenie dziecka
 

Dr DOROTA BIELA
 

Jednym z czynników, który pomaga w przystosowaniu się mężczyzny do wczesnego stadium konstytuowania się rodziny, jest zadowolenie z życia seksualnego. Mężczyźni, oceniający pozytywnie swoje pożycie małżeńskie, spełniają lepiej funkcje ojcowskie i czerpią z nich więcej satysfakcji. Dynamika kontaktów intymnych zmienia się równolegle do rozwoju prenatalnego dziecka. Na początku zwykle, jeśli rozwój dziecka przebiega prawidłowo, współżycie seksualne pary nie zmienia się. Przeciwnie, może być nawet częstsze i zabarwione szczególnym wzruszeniem, wynikającym z faktu obecności owocu ich wzajemnych zbliżeń.
Środkowy okres prenatalnego życia dziecka łączy się ze zmianami sylwetki kobiety. Większość mężczyzn odbiera je jako podniecające, mówi o pięknie jej ciała, którego nowe kształty stają się silnym czynnikiem pobudzającym pożądanie seksualne. Opinie mężów rozwiewają obawy żon, które mają poczucie nieatrakcyjności.
Ciało kobiety zdolne wydać na świat nowe życie wywołuje w mężczyźnie jednocześnie uczucie podziwu i lęku, przyciągania i odpychania. U niektórych mężczyzn dominują uczucia pozytywne - uznania, szacunku, miłości i zafascynowania kobietą w tym stanie, u innych zaś mogą dominować (zwykle tylko okresowo) jakieś odczucia negatywne - odrazy, niechęci, wstydu. Przeżycia te zmieniają się co do treści i intensywności i mają tak wiele odcieni emocjonalnych, że trudno wyrazić je w słowach. Czasami są one sprzeczne między sobą, np. mężowi podoba się sposób, w jaki żona porusza się, ale nie lubi widoku jej obnażonego ciała (lub na odwrót); odczuwa większą czułość do żony, ale mniejszy pociąg seksualny; czerpie wiele satysfakcji ze współżycia seksualnego w tym czasie, a jednocześnie wstydzi się pokazywania z żoną w miejscach publicznych, gdyż czuje skrępowanie sylwetką żony, będącą zewnętrznym symptomem ich aktywności seksualnej.
Jednym z odczuć, które może pojawić się we współżyciu intymnym jest lęk. Niektórzy mężczyźni czują się zakłopotani w kontakcie "z dużym brzuchem", czują lęk przed "jego zawartością", przed czymś nieznanym. Boją się dotykać brzucha, aby nie uszkodzić dziecka, boją się podjąć współżycie, aby nie spowodować poronienia. Czasami myśl o tajemnicy życia, jaka dokonuje się wewnątrz ciała kobiety, paraliżuje ich swoją powagą.
Niektórzy mężowie mają poczucie, że ich kontakty seksualne straciły na intymności, gdyż jest przy nich obecny ktoś trzeci. Wyolbrzymienie obecności dziecka jako świadka współżycia z żoną lub lęk przed jego uszkodzeniem mogą hamować aktywność seksualną. To zaś przez żonę może być błędnie odczytane jako spadek zainteresowania jej osobą i rodzić obawy o dochowanie wierności.
Ogólnie można stwierdzić, że znakomita większość mężczyzn relacjonuje stopniowe zmniejszanie się częstotliwości kontaktów płciowych w okresie oczekiwania na urodzenie dziecka, chociaż tylko połowa z nich zauważyła u siebie w tym okresie mniejsze potrzeby seksualne. To obniżenie intensywności współżycia może być wynikiem wspomnianych wyżej trudności ze strony męża, ale częściej żona zmęczona i pochłonięta problemami swego stanu i dziecka nie wykazuje dużego zainteresowania samym współżyciem, a podczas kontaktów jest mniej zaangażowana.
Problem ograniczenia kontaktów seksualnych, a przed samym porodem wymaganej wstrzemięźliwości w tym zakresie, powinien być przedmiotem szczerych rozmów pary małżeńskiej. Traktowanie tego jako tematu tabu, może spowodować sytuację dysproporcji między napięciem seksualnym męża i jego potrzebami, a całkowitym
zaangażowaniem żony w sprawy związane z dzieckiem, przy jednoczesnej dużej z jej strony potrzebie doznawania czułości, pieszczot, bliskości fizycznej.
Każda para musi znaleźć właściwe dla siebie wyjście zaspokajające potrzeby obojga małżonków.
 


 

 MIŁOŚĆ I SEKS
 

Znowu docenia się ciało.

Ale ciało nie jest zwierzątkiem ani lalką do zabawy.
Dzięki naszej cielesności możemy zbliżać się do siebie,
możemy się spotykać w radości i przyjaźni.
Bez ciało bylibyśmy błotami nie mającymi miejsca.
To szczęście, że sfera żyda seksualnego przestała być tabu.
Seksualizm jest bardzo ludzki, ma wielką, wartość w rozwoju człowieka,
ale stłumiony albo nadużyty prowadzi do niepokoju, zamieszania, lęku.
Seks nie jest celem życia ani jego spełnieniem.
Seks sam w sobie nie daje poczucia bezpieczeństwa.
Zdrowe życie seksualne człowieka daje radość i ma sens tylko wtedy,
jeśli rozwija się w atmosferze miłości, jeśli ręce nie są mackami, lecz znakiem wewnętrznej czułości,
jeśli ciało jest uduchowione, wolne od lęków i chciwego pożądania,
jak przystań światłości, dom pełen pokoju, dający głębokie poczucie bezpieczeństwo.
Nieograniczona swoboda w życiu seksualnym prowadzi także w małżeństwie do pustki w miłości,
bowiem swoboda nie znająca granic jest zawsze wolnością najsilniejszego
- jest dżunglą zimnego egoizmu, w którym nie ma miejsca na uczucia i oczekiwania.
Pornografia nie ma nic wspólnego z miłością,
bowiem nie zważa na człowieka,
brakuje w niej serca i ducha:
nagie dało wystawione na pokaz -
bez duszy i dobrego smaku to nędzna i przygnębiająca sprawa.
 

Phil BOSMANS
 



Przed kilkunastu laty jedno z krakowskich duszpasterstw akademickich zorganizowało w dość nietypowy sposób rekolekcje dla chorych. Para studentów szła z magnetofonem do chorej osoby, by wspólnie wysłuchać nauk rekolekcyjnych. W takich okolicznościach poznałam Martę. Siedziała już wtedy na wózku inwalidzkim, w drżących dłoniach potrafiła utrzymać jeszcze długopis i napisać kilka słów. Na jej twarzy malował się głęboki niepokój, o którego przyczynach dowiedziałam się o wiele później. Nasza znajomość nie skończyła się na tym jednym spotkaniu, starałam się odwiedzać Martę dość często, czułam, że zaczyna mi ufać, nie wypytywałam jednak o nic. Któregoś dnia sama zaczęła mówić swoim drżącym od niepokoju głosem:
- Wiesz, ja bardzo młodo i z wielkiej miłości wyszłam za mąż, urodziłam syna i wtedy zaczęło się. Nogi odmawiały posłuszeństwa, z trudem wchodziłam na schody, musiałam pójść na jakiś czas do szpitala, diagnoza brzmiała jednoznacznie - stwardnienie rozsiane.
Męża najwyraźniej denerwowała moja choroba, czułam jak oddala się ode mnie. Potem rozpoczął się prawdziwy koszmar. Piotruś wymagał troskliwej opieki, mój stan zdrowia z dnia na dzień pogarszał się - w oczach Marty pojawiają się łzy - głaszczę jej rękę.
- Nie mów więcej, nie trzeba przywracać złych wspomnień.
Marta na chwilę uspokaja się.
- Potem stało się najgorsze, Janusz przestał wracać do domu. Nie musiał nic mówić, wiedziałam dobrze, że jest z inną kobietą. Byłam bezradna i bezbronna, nie mogłam opiekować się maleńkim synkiem, a mój ukochany mąż nie chciał mnie chorej. Pewnego dnia odszedł na zawsze zabierając ze sobą nasze dziecko. Zostałam pod opieką schorowanej mamy, ojca staruszka i siostry PCK. Jest też mój brat, ale on zajmuje się wyłącznie pracą naukową.
Rodzice Marty nie mieszkali z nią na stałe, pełnili przy niej dyżury. Mama była osobą bardzo nerwową i nie zawsze umiała się z córką dogadać, tatuś, bo tak zawsze mówi o nim Marta, był uosobieniem dobroci i spokoju. Zdarzały się jednak chwile, kiedy zostawała zupełnie sama.
Pamiętam dzień, wracałam zmęczona z zajęć, miałam wielką ochotę położyć się i odpocząć, ale jakiś wewnętrzny głos nakazał mi odwiedzić Martę. Weszłam do jej mieszkania i oniemiałam; zobaczyłam ją wiszącą na drabinkach, które przymocowane były zaraz obok łóżka. Usiłowała sama wstać, kolejne próby kończyły się niepowodzeniem, szlochała jak dziecko. Wtedy to po raz pierwszy dostrzegłam w człowieku ukrzyżowanego Chrystusa. W kilka dni po tym zdarzeniu uczestniczyłam w ofierze mszy św., sprawowanej w małym pokoiku Marty.
Potem jeszcze dane mi było pojechać z nią do Międzybrodzia Bielskiego na wczasy połączone z rekolekcjami dla chorych. Pierwszy raz widziałam naraz tak wiele ludzi niepełnosprawnych. Jedni na wózkach inwalidzkich, inni z trudem poruszający się jeszcze o własnych siłach. Muszę przyznać ze skruchą, że w roli pielęgniarki nie wypadałam najlepiej. Łatwo natomiast nawiązywałam kontakty z chorymi, czułam ich potrzeby i to nie zawsze tylko te najważniejsze. Czasami kombinowałam po kryjomu papierosa dla emerytowanej pani nauczycielki. Starałam się z uwagą wysłuchiwać opowieści o rodzinie, dzieciach, znajomych, bywało że coś poradziłam, innym razem tylko przyjaźnie się uśmiechałam.
To były ostatnie moje studenckie wakacje. Potem wyjechałam z Krakowa. Martą opiekowali się coraz to nowi studenci. Mój kontakt z nią ograniczał się do sporadycznych odwiedzin. Kiedy wyszłam za mąż i urodziłam dziecko, nasze kontakty zerwały się. Życie toczyło się szybko, moja córeczka podrosła i wreszcie mogłam ruszyć się z domu.
Pojechałam do Krakowa: już na dworcu kolejowym w osłupienie wprawił mnie widok kilkudziesięciu osób, chorych, na wózkach inwalidzkich, pomagali im studenci. Instynktownie szukałam twarzy Marty. Nie było jej tam. Postanowiłam niezwłocznie zobaczyć się z nią, chociaż wcześniej nie planowałam tej wizyty. Drzwi mieszkania były zamknięte, na dzwonki i pukanie nikt nie odpowiadał. Pytałam sąsiadów. Jakaś młoda kobieta odpowiedziała: "ona chyba umarła".
Inna stwierdziła oschle: "słyszałam, jak płakała, ale już nie płacze".
Nie wiedziałam, co robić, udałam się jeszcze na plebanię pobliskiego kościoła, ale ksiądz też nie potrafił udzielić informacji. Kazał czekać na siostrę zakonną. Nie mogłam czekać. Zdenerwowana próbowałam jeszcze zasięgnąć języka u dalszych sąsiadów. Wreszcie ktoś z mieszkańców wieżowca, liczącego 11 pięter oznajmił, że ta pani jest chyba w zakładzie opieki społecznej.
Kiedy ją odnalazłam, obie płakałyśmy, opowiadała mi o swoich dziwnych losach. Mama nie żyła, tatuś - staruszek ledwo sam sobie radził. Kiedyś opiekował się nią pan z trzeciego zakonu, ale on też zmarł. Wtedy pozostał tylko zakład opieki społecznej. Marta już tylko leży, z pełną świadomością czeka na śmierć, czasami żartuje: "A tu jak na złość nic mnie nie boli". Pragnie bardzo jeszcze spotkać się ze swoim synem. Kiedyś jako dziecko, odwiedzał mamę, gdy wydoroślał przyszedł nawet przedstawić swoją żonę.
Marta bardzo cieszyła się, lecz to było ich ostatnie spotkanie. Więcej mamy nie odwiedził. A Marta marzy, aby chociaż raz jeszcze zobaczyć swojego ukochanego Piotrusia, bo leży tu, najmłodsza, wśród matek opuszczonych przez własne dzieci. Czeka i tęskni, modli się i płacze, czasem jej twarz pogodnieje, cieszy się z moich radości i tak bardzo lubi, kiedy opowiadam jej o dzieciach. Marta nazywa mnie teraz swoją sekretarką, bo staram się przekazać jej cenne myśli w listach i na kartkach, które bardzo lubi wysyłać do znajomych. Ostatnio zaplanowałyśmy napisać jednak list do jej syna.
 

Anna Majewska

 



WSPÓLNOTA

Już od 15 lat na przełomie grudnia i stycznia odbywają się Europejskie Spotkania Młodych, organizowane przez wspólnotę braci z Taize, a odbywają się w jednym z europejskich miast.
W 1993 roku spotkanie to miało miejsce w Monachium, niedaleko Dachau. W miejscu tak ważnym dla Polaków, gdzie przedstawiciele jednej nacji mordowali drugich. Wielu pielgrzymów zadawało sobie pytanie: czy dziś w Europie możliwe jest pojednanie się ludzi, narodowości, krajów? Myślę, że tak, dowodem tego sq ludzie, którzy byli w Monachium i którzy na przekór wszystkim podziałom potrafili podać sobie rękę. l to jest właśnie istota organizowania tych spotkań, udowodnienie ludziom, że wiara w Boga łączy ludzi, łagodzi konflikty, pomaga w zjednoczeniu.
Po raz pierwszy miałem okazję uczestniczyć w takim spotkaniu, ale nie było to dla mnie pierwsze zetkniecie się z ekumeniczną wspólnotą z Taize, ponieważ trzy razy byłem w Taize i zapoznałem się z atmosferą tam panującą. Dlatego jechałem do Monachium z przekonaniem, że spotkam tam to samo, życzliwość i otwartość ludzi, przeżycia związane ze wspólną modlitwą i śpiewem, ludzi z innych krajów i innych wyznań.
Wielu ludzi przyjęło nas w Monachium bardzo życzliwie, organizując nam noclegi w szkołach, parafiach, ale również w rodzinach. Na twarzach przechodniów można było zauważyć radość z naszego przyjazdu, ale byli również tacy, którzy traktowali nas obojętnie. Podczas niespełna tygodniowego pobytu w parafii Niemcy nie za bardzo interesowali się nami. Prawie nikt z parafian nie przychodził na wspólną modlitwę poranną w kościele.
Bardzo mocno utkwiła mi w pamięci sytuacja, która miała miejsce na jednym z przystanków metra. Mieliśmy zamiar pozwiedzać trochę miasto i muzea, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, w którym kierunku się udać. Widząc to starsza pani, Niemka, podeszła do nas i zaoferowała pomoc. Powiedzieliśmy, że mamy zamiar zwiedzić Deutsches Museum, na to ona powiedziała, że droga do muzeum jest bardzo skomplikowana i obawia się, że możemy nie trafić, ale jej mąż lada chwila wróci z pracy i może nas tam zaprowadzić. Zaprosiła całą naszą osiemnastoosobową grupę do swojego, małego, trzypokojowego mieszkania, gdzie poczęstowała nas sokiem i ciastkami. Wcześniej jeszcze zaprosiła siedmiu z nas na tradycyjny noworoczny obiad. Ponieważ mąż długo nie wracał, sama wskazała nam drogę, przy okazji pokazując kilka ciekawych zabytków.
Na pożegnanie dała nam sto marek na bilety i swój adres, prosząc o przesłanie jej adresów ludzi biednych, potrzebujących. Zaskoczeniem dla mnie była duża ilość młodych ze Słowenii, Litwy, Białorusi, Rumunii. Można było zaobserwować ich otwartość, pragnienie i entuzjazm wiary, zaangażowanie w modlitwę oraz potrzebę ich duchowego ukształtowania.
Na tegorocznym spotkaniu w Niemczech było ok. 30 tys. młodych z Polski, była to najliczniejsza grupa, stanowiąca prawie 50% wszystkich uczestników. Bardzo ważny był fakt, iż umożliwiono również wyjazd osobom niepełnosprawnym.
 

Andrzej Lesiak - uczeń LO
 



POWIERNIK NASTOLATKÓW

Droga Redakcjo,


Mam następujący problem, którym chciałam się z Wami podzielić i poprosić Was o pomoc.
Mam chłopaka, który jest miły, sympatyczny troskliwy. Ostatnio jednak zrobił mi przykrość swoim zachowaniem, ponieważ zostawił ukradkiem na moim stoliku tabletki antykoncepcyjne. Chciałabym z nim na ten temat porozmawiać, ponieważ bardzo mnie uraziła ta jego propozycja, zresztą nie chciałabym i nie mogłabym tego przemilczeć. Jednak nie wiem, jak to zrobić?
Proszę, napiszcie, może w sposób prosty i jasny, tak do młodzieży, że nie wszystkim się podoba i nie wszyscy chcą, i nie wszyscy muszą stosować antykoncepcję. Zresztą uważam, że na kontakty seksualne mam jeszcze czas. Myślę, że gdybym znalazła odpowiedni artykuł w prasie, lub nawet cykl artykułów, mogłabym mu dyskretnie je podsunąć do przeczytania, tak jak on mnie tabletki antykoncepcyjne. Będę wdzięczna za odpowiedź, która może być umieszczona w "Powierniku", tak samo jak i mój list...
Przesyłam wiele dobrych życzeń dla Zespołu Redakcyjnego i proszę, aby dużo pisano o problemach dotyczących nas, czyli młodzieży. O czym jeszcze chciałabym przeczytać w "Powierniku", napiszę, bo będę teraz tego pisma szukać. Myślę, że mój problem zainteresuje także wiele innych dziewcząt.
 

Z poważaniem Agnieszka (nazwisko i adres znane redakcji)

 

Agnieszko, dziękujemy Ci za ciepłe słowa skierowane pod adresem naszej redakcji.


Poruszyłaś problem, który nurtuje nie tylko młodzież, ale i świat dorosłych, tyczy on antykoncepcji. Ponadto łączy się też ze współżyciem podejmowanym przed zawarciem związku małżeńskiego. Cieszę się, że zamierzasz na jeden i drugi temat porozmawiać z Darkiem. Twój chłopiec, jak o nim piszesz: Jest miły, sympatyczny, troskliwy". Myślę, że te jego cechy ułatwią Ci rozmowę na wyżej wymienione tematy.
Najpierw chciałbym, to ważne, abyś spróbowała dowiedzieć się czegoś o jego spojrzeniu na rodzinę zarówno tę własną, jak i tę, o której w tej chwili może marzy. Bo wszystko to, co łączy się ze współżyciem seksualnym - czy to przed małżeństwem, czy w małżeństwie - ma swoje odniesienie do rodziny, dlatego że współżycie seksualne jest podstawą życia rodzinnego. Najpierw dlatego, że jego skutkiem może być poczęcie nowego życia, a następnie dlatego, że umacnia miłość miedzy małżonkami, co - jak zapewne sama tego doświadczasz - jest nieodzownym warunkiem ich dobrego kontaktu z dziećmi.
Agnieszko, współżycie seksualne, jak już wyżej zaznaczyłem, jest bardzo istotne dla osób, które obdarzają się miłością. Celowo tutaj używam słowa "obdarzają", ponieważ miłość jest darem z siebie dla tego drugiego, wybranego towarzysza życia. Nim się je podejmie, trzeba być tego świadomym. Na początku dobrze chyba jest, gdy dwoje młodych łączy przyjaźń, ona prowadzi do miłości, a ta, jak wszystko w życiu, nie jest łatwa. Wymaga od nas odpowiedzialności, zaufania do drugiej osoby, umiejętności przebaczania i wielu innych jeszcze cech, które można wypracowywać wspólnie w małżeństwie. Ponadto współżycie seksualne jest źródłem przyjemności, niektórzy nazywają to szczęściem.
W okresie młodzieńczym, u chłopców, działa bardzo silnie popęd seksualny, który, jeśli nie jest zaspokojony, sprawia sporo kłopotów, na przykład odrywa od nauki czy innych prac. Nie wiem, czy rozmawiacie z Darkiem o tych sprawach. To wcale nie są łatwe rozmowy, ale konieczne, aby wiedzieć, czego się wzajemnie od siebie oczekuje i myślę, że macie jeszcze na nie czas, ponieważ oboje nie jesteście jeszcze dostatecznie dojrzali, aby podjąć współżycie przemawia za tym nawet Wasz wiek biologiczny. Istnieją jeszcze inne przeciwwskazania:
- skutkiem współżycia seksualnego jest silne poczucie należenia do siebie partnerów;
- udane współżycie seksualne z jednym partnerem nie gwarantuje szczęśliwego współżycia z innym partnerem;
- przez współżycie seksualne dochodzi do poczęcia, mimo tylu różnych metod i technik wciąż dochodzi u wielu par do "niepożądanej" ciąży, co młodym ludziom
komplikuje życie;
- młodzieńcy chętnie podejmują współżycie przed małżeństwem, ale do ślubu chcieli by pójść z dziewicą; dziewczyna silniej łączy się uczuciowo z seksualnym partnerem niż chłopiec; on nierzadko podejmuje współżycie, bo trudno mu zapanować nad popędem seksualnym.
Czy podejmując współżycie seksualne w bardzo młodym wieku jest się tego świadomym? Chyba jeszcze nie, a dodać należy, że nieudana próba współżycia pozostawia urazy na całe życie. Zatem współżycie dla "sprawdzenia się" nie ma zupełnie sensu. Tylko miłość może sprawić, że nawet nieudane na początku
współżycie przerodzi się z czasem w źródło szczęścia.
Agnieszko, dlaczego Darek pozostawił tabletki antykoncepcyjne na Twoim stoliku? Trudno tego dociekać, ale niewykluczone, że chciał poznać Twoje zdanie na ten temat, lecz zabrakło mu odwagi, by zapytać Ciebie o to wprost. W końcu temat ten jest wśród młodzieży bardzo aktualny - niektórzy dorośli chcą Wam nawet "ułatwić" życie oferując antykoncepcję.
Z Twojego listu jasno wynika, że osobiście jesteś przeciwna zażywaniu tabletek antykoncepcyjnych, ale zarazem chciałabyś, byśmy Ci pomogli w argumentowaniu Twojego stanowiska w rozmowie ze swoim chłopcem. Powinnaś zatem dowiedzieć się, że:
Tabletki antykoncepcyjne to tabletki hormonalne, zawierające jeden lub dwa hormony. Z założenia producentów i ich popularyzatorów mają działać antyowulacyjnie, czyli blokować jajeczkowanie. Taką funkcję spełniały tabletki pierwszej generacji (lat sześćdziesiątych), które zawierały duże dawki hormonów. Ponieważ po tych tabletkach kobiety się źle czuły, stopniowo obniżano zawartość hormonów w nich i w tej chwili są już tzw. tabletki nisko dozowane, które zawierają niewielkie ilości hormonów i w konsekwencji nie działają antyowulacyjnie, czyli nie blokują jajeczkowania. Dochodzi do dojrzewania komórki jajowej, a także do owulacji.
Powstaje pytanie: dlaczego tak wiele kobiet stosujących środki antykoncepcyjne nisko dozowane nie zachodzi w ciążę?
Środki hormonalne powodują spowolnienie perystaltyki jajowodów, czyli tzw. ruchów robaczkowych (powodowanych falami skurczów mięśni okrężnych w
ścianach jajowodów), dzięki którym zapłodnione w jajowodzie dziecko może przesuwać się w kierunku macicy, by móc się w niej zagnieździć. Gdyby doszło do
poczęcia, to poczęte co dopiero dziecko, zamiast przechodzić przez jajowód w kierunku macicy w pięć dni, przechodzi przezeń znacznie dłużej.
Jajowód nie jest przygotowany do dostarczenia zapłodnionej komórce substancji odżywczych na dłuższy okres czasu niż pięć dni. Czyli dziecko przechodząc przez jajowód u kobiety, która bierze tabletki antykoncepcyjne, umiera z głodu albo dochodzi do jamy macicy tak osłabione, że nie ma już siły w niej się zagnieździć.
Nawet jeśli założyć, że dziecko dotrze jeszcze żywe do błony macicy, to w 7-8 dni po zapłodnieniu błona śluzowa macicy jest już tak zmieniona (przypomina błonę śluzową wczesnej ciąży), że nie ma ono możliwości zagnieżdżenia się i obumiera.
Argumenty, jakie Ci tutaj przedstawiłem, są natury moralnej: kobieta, która zażywa tabletkę antykoncepcyjną i podejmuje współżycie seksualne, wraz z partnerem popełnia czyn moralnie zły. Mimo zażycia tabletki antykoncepcyjnej, oboje mogą dać początek nowemu życiu i już w kilka dni po poczęciu skazać je na śmierć.
Zwykle obok tych argumentów akcentujących krzywdę wyrządzoną j dziecku, któremu można dać życie i nie i zapewnić warunków dalszego życia, przytacza się jeszcze konsekwencje i zagrożenia zdrowia kobiety, która zażywa środki antykoncepcyjne. Argumentacja wówczas wygląda mniej więcej tak: "Synku, nie bij kolegów, bo może to dla ciebie skończyć się kalectwem". Oczywiście, tak też można i chyba jeszcze będziemy pisali w "Powierniku" o tym, jakie szkody środki antykoncepcyjne wywołują w organizmie kobiety i w jej psychice.
Agnieszko, nie chciałbym, abyś odkładała współżycie seksualne na czas małżeństwa kierując się tylko zagrożeniami, jakie ono ze sobą niesie. Podobnie też nie chciałbym, byś w przyszłości rezygnowała ze środków antykoncepcyjnych jedynie ze strachu, żeby nie popaść w konflikt moralny. Życzę Tobie, jak również Darkowi, abyście dostrzegli ogrom korzyści, jakie niesie ze sobą odłożenie współżycia na czas małżeństwa, a potem życie zgodnie z zasadami odpowiedzialnego rodzicielstwa.
Powstrzymując się od współżycia seksualnego przed małżeństwem możecie nauczyć się panowania nad swoją emocjonalnością, okazywania swojej miłości na wiele innych sposobów niż współżycie. Jeśli się kocha, to szuka się wciąż nowych sposobów wyrażania jej. Wyda to owoce w życiu małżeńskim i rodzinnym. Będzie Wam łatwiej okazywać swoją miłość nie tylko poprzez akt małżeński, ale przez cały pozostały czas Waszego małżeństwa, a także rodziny.
Czas młodości, w jakim obecnie jesteście, jest stosunkowo krótki, jeśli go porównać do przeciętnego życia w małżeństwie i rodzinie. Wydaje się więc, że warto trochę "pomęczyć się teraz", by potem zyskać. Pomyślcie, ile kosztuje Was nauka w szkole, potem będzie Was kosztowało uczenie się zawodu. Wiecie, że warto. Przekonacie się już wkrótce, że o wiele jeszcze bardziej warto zainwestować w kształcenie swojego charakteru i doskonalenie miłości. Pomyślcie też o tym, że to może też przydać się Waszym dzieciom.
 

Henryk

 



Kulturowa percepcja i oczekiwania małżeńskie w Afryce Zachodniej wpływają na typ modeli, które są stosowane w poradnictwie. Teoretyczne szkoły psychoanalizy, behawioryzmu będą stosowane wewnątrz specjalnego modelu, który pasuje do Afrykańczyków. W poradnictwie podejście do petentów jest bardziej społeczne niż indywidualne. Bardzo często zdarza się, że terapia indywidualna przekształca się z czasem w terapię grupową, obejmując poradnictwem szerszą rodzinę, krąg rodzinny i jest prowadzona przez profesjonalnego terapeutę albo przez najstarszego członka rodziny. Terapia taka zazwyczaj kończy się świętowaniem.
Spotkaniom terapeutycznym towarzyszą posiłki i terapia trwa tak długo, aż petent (klient) będzie zadowolony. Poradnictwo dotyczy w bardzo wielu wypadkach przepowiedni, przywoływania duchów, kultu przodków obok takich zjawisk, jak wybuchowość, wrogość, zmęczenie, apatia, lęk, niepokoje, alkoholizm itd.
Poradnictwo, które proponuje uzdrowienie duchowe i życie wg wskazań Biblii w Afryce Zachodniej jest bardzo oczekiwane. Dla tamtejszej ludności uwolnienie od złych mocy jest sprawą bardzo ważną.
Praca w poradnictwie zmierza w kierunku utrzymania ciągłości małżeństwa i unikania rozwodów. Rozwód jest ostatecznym wyjściem z kryzysów małżeńskich i jeżeli do niego dochodzi, oznacza, iż nie przyniosło się chluby swojej rodzinie, związkowi małżeńskiemu i swoim przodkom.
Kultury afrykańskie w dalszym ciągu są nastawione ogólnorodzinnie, a to wymaga poszukiwania rozmaitych środków zaradczych, które wykorzystuje się w terapii uzdrawiającej życie małżeńskie i rodzinne. Trwałość małżeńska w Afryce jest bardzo istotna, one muszą trwać, aby utrzymywała się więź z przodkami. Każda para małżeńska jest tego świadoma i dlatego jej życzenia dotyczące stosunków małżeńskich są w poradnictwie uwzględnione.
Najważniejszą sprawą, o której w poradnictwie należy pamiętać to to, że rodzina w Afryce to podstawa bytu społecznego, kolebka tożsamości plemiennej.
 

Tłum. Jolanta Tymiecka

 




RÓŻANIEC Z GRANATÓW (II)
 

KSAWERY PRUSZYŃSKI

Odmrużył oczy. Były szare, przedziwnie świetliste szare. Patrzyły pytająco, ale nie bardzo przytomnie. Opadłem na poduszkę sam i nie widziałem ich. Głos przestał nucić. Słyszałem tylko oddech jego, niespokojny, przez nos, świszczący jakby, i miałem prawie zadzwonić po siostrę, bo bałem się, czy on... Ale to pewno było wzruszenie jakieś. Może nie wiedział przedtem, że Polak tu leży, albo że tamto posłyszy. Pewno za silnie potrąciło to struny jakichś wspomnień. Ale oddech ścichł, stał się miarowy. Myślałem nawet, że usnął, ale po długiej chwili posłyszałem naraz głos tak cichy, jak brzęczenie:
- Kolega?
- Co wam?
- Nnnie... Wiersz? Czy pamiętacie?
Wiersz?
Mówił wyraźnie: wiersz. Cicho, ale zupełnie wyraźnie. Prosił o jakiś wiersz? Jaki? Ktokolwiek by słyszał ten jego głos, taki cichuśki, słaby jak pajęczyna jaka, nie odważyłby się spytać, jaki wiersz. Nie chciałem i ja i szukałem myślą. Srriba parias de la tierra - zacząłem. Łóżko się poruszyło. Nie wiem, jak - poznałem, że to nie to. Zobaczyłem ruch ręki, białej znieruchomiałej ręki na kocu. I znowu ten słaby, męczący się glos.
- Nie... nie... nie to. Polski wiersz.
Polski. O jednym... chłopcu takim... co porzucił chatę... u nas mówili... w Albacete.
Teraz na mnie napłynęła fala wzruszenia ciepłego pod gardło. Wiedziałem. Jak mogłem nie wiedzieć!
Było cicho owego wieczoru i pola zielone za oknem przesłaniały się błękitnawym zmrokiem. Szedł ciepły, sierpniowy wiew przez otwarte okna. Wyganiał zapachy szpitala.
W ciszy tej, cicho i wyraźnie, zacząłem mówić wiersz prośby, jak opowieść:
Jechaliśmy stępa pędziliśmy w kłębach [...]
- To? - spytałem cicho. Spytałem głupio. Podniosłem się i widziałem jego twarz. Była to twarz człowieka, który ma widzenie, którego teraz nie boli nic, dla którego ani cierpienia nie ma, ani śmierci. Poruszył głową:
- Tak, tak... dalej.
Czy pamiętam dalej Tuwimowski przekład wielkiego wiersza Swietłowa? Zląkłem się. Dawno go nie mówiłem. Teraz był tak potrzebny! Wolniej, bo z namysłem, zacząłem mówić dalej: Na pamięć tę piosenkę jak pacierz znal Pański. [...] Mówiąc męczyłem się, czy pamiętam. Czy nie urwę w połowie, w ćwierci. Przystanąłem. Od łóżka - posłyszałem coś. Spojrzałem. Po żółtej, nieżywo już żółtej twarzy spływały wolno, długimi strugami łzy.
- Dalej... dalej...
A chochoł-marzyciel po malej chwileczce [...]
Od łóżka szedł chwilami cichy ogromnie szloch, tak cichy, że aż wierzyć było trudno, że może go wydawać dorosły człowiek. Ale on był już czymś innym niż dorosłym człowiekiem; był trochę jak bardzo słabe dziecko.
- Dalej, dalej - prosił i mówił cały długi wiersz. "Świt wstawał na niebie, by znowu się schować"... koń się utrudził po stepie cwałować. (...)
Naraz, nie wiem czemu, to mnie przypomniała się nie Hiszpania, lecz nasza Normandia i czołgi mego pułku, dziesiątego pułku, brnące gdzieś pod Falaise przez pszenicę normandzką. Mówiłem, jak poznali dokładnie gramatykę boju i słowa armatnie, a potem, jak na ziemię od kuli zwaliło się ciało i jak rozstało się z siodłem, a nigdy nie chciało, nad trupem się księżyc potoczył jak łza i wargi martwiejąc szeptały: Grena...
Cała ballada rewolucyjna, wyśniona w 1917 gdzieś nad Donem, nad Manzanarem w dwadzieścia lat potem echem wojny odbita. Jego wojny.
Było już ciemno zupełnie i nie mówił już nic. Zasnął. Myślałem, że może mu to zrobić źle albo dobrze. Zrobiło dobrze. Spał twardo, na drugi dzień było wyraźnie lepiej.
- Here, you are a good boy - mówiła siostra odkładając termometr. Tylko młodszy doktor milczał sceptycznie.
Mnie też było lepiej. Posadzono mnie na łóżku i oparto o poduszki. Miałem coś do wyjęcia z kieszeni battle-dressu i kazałem go sobie podać. Zobaczyłem biorąc, że jego oczy spoczęły na czymś i zdumiały się czy zamroziły. Na naramienniku widoczna była gwiazdka.
- Oficer ?
- Tak - kiwnąłem głową - podporucznik
Milczał chwilę: tak trudno mu szło mówienie. Może się zmęczył, może zawahał. Po chwili, patrząc głęboko tymi swoimi bardzo szarymi oczyma, zapytał:
- Byliście... pan porucznik był... w której kompanii? Mickiewicza? Palafoxa?
- Nie. Nie byłem w żadnej kompanii.
Szare oczy nalały się zdziwieniem:
- Toście nie z Hiszpanii?
- Z Hiszpanii. Byłem w Hiszpanii podczas wojny. I z wami. Ale się nie biłem. Pisałem. Jako korespondent.
- Korespondent? A my, my nie mieli oficerów. Nam tak trzeba było oficerów! Byłoby inaczej pod Saragossą...
- Ciszej, ciszej. Nie mówcie tyle!
Ale on urwał sam. Dyszał. Nie rozumiał, ale się zmęczył. Patrzył długo, długo tym nieruchomym wzrokiem, jaki mają ludzie, co nie mogą mówić, ale jeszcze nie zdołali do tego przywyknąć. Patrzyłem na niego i raz jeszcze oczy mi zbiegły na ten różaniec; może dlatego, że jego ciemnoczerwone ziarna odbijały od tej całej białości szpitalnej. On zobaczył ten mój wzrok. Uśmiechnął się i powiedział:
- To też... z Hiszpanii.
Uśmiechnąłem się i ja.
- Wiem.
- Kto wam... kto panu porucznikowi powiedział?
- Nikt. Ale takie różańce z granatów są tylko w Hiszpanii i nigdzie indziej.
Kiwnął głową.
- Tak... Dlaczego...
Oczy jego pobiegły za różańcem. Znowu uśmiechnął się.
- Wie pan - mówił z trudem - gdyby nie ten różaniec... dawno bym nie żył...
A tak - uśmiechnął się - dopiero teraz...
Całych siedem lat... wygrałem... na tym różańcu takim...

 

cdn.
 



Radość czyni ludzi pięknymi

BARBARA PYTLOS

Taką dewizą kieruje się w pracy z dziećmi specjalnej troski pani Wiesława Kamionka, dyrektorka Oddziałów Przedszkolnych Terapii Psychofizycznej dla Dzieci Specjalnej Troski w Sosnowcu.
Zabawa trwa. Dzieci podrzucają do góry pocięty w paski kolorowy papier. Buzie pełne są zadowolenia. Radość, taka prosta i zwyczajna. Kolorowe paski papieru spadają na włosy i ramiona kolegów i koleżanek. Trzeba wzajemnie sobie pomagać, by oswobodzić się z papierowego deszczu. W zabawie trudno dostrzec wady fizyczne. i opóźnienie w rozwoju umysłowym. Rzeczywiście radość dodaje urody, wydobywa na wierzch wewnętrzne światło mieszkające w każdym człowieku.
Dzieci zauważyły panią dyrektor, podbiegają do niej, wyciągają rączki. Ona kolejno bierze je na ręce, tuli do siebie, one są uszczęśliwione. Tylko jedna dziewczynka stoi z boku, jakby się bała ruszyć z miejsca, z niepokojem spogląda na swoje stopy.
- No, chodź, Magdalenko, chodź, kochanie - i dziewczynka prawie biegnie kołysząc się na boki. Biegnie tak, jak pozwalają jej na to siły i możliwości.
- Magdalena jest naszą dumą. To dziewczynka z dziecięcym porażeniem mózgowym. Skończyła sześć lat i od niedawna zaczęła chodzić - wyjaśnia pani Wiesława, a dzieci wracają do zabawy.
- Wiem - wtrącam - że pani już dość długo pracuje z dziećmi specjalnej troski, wiem również, że pani zwraca szczególną uwagę na rolę ruchu w rozwoju psychofizycznym dzieci i ludzi pokrzywdzonych przez los.
- Tak, najprzód pracowałam w szkole życia, zajmowałam się tam rehabilitacją ruchową. To cała historia.
Wcześniej jeszcze była praca, również rehabilitacji ruchowej, z ludźmi dorosłymi.
W terapii ruchowej jestem zwolenniczką metod Weroniki Sherborne, która z kolei była bardzo pojętną uczennicą i popularyzatorką metod Rudolfa Labana, londyńskiego zwolennika tańca w terapii niepełnosprawnych. Warto przytoczyć jego słowa, by uzmysłowić sobie wagę ruchu w rozwoju psychofizycznym człowieka: "Odświeżająca kąpiel morska to wspaniałe, uzdrawiające doświadczenie, chociaż człowiek nie może żyć bez przerwy w wodzie. Podobnie rzecz się ma ze swobodą
ruchu... Woda jest źródłem życia, tak samo jak swobodny ruch".
Weronika Sherborne pracowała i popularyzowała usprawnienie poprzez ruch wśród dzieci i dorosłych upośledzonych umysłowo. Dla ludzi nieprzystosowanych, życie, które wpływa na ograniczenie naturalnych potrzeb ruchowych staje się przyczyną stresów psychicznych, stanów niepokoju i różnego rodzaju zahamowań. Prowadzi do utraty wiary we własne możliwości, utrudnionych kontaktów z otoczeniem i w rezultacie dziecko czy dorosły zamyka się w sobie i odsuwa od innych. Poznanie siebie, poznanie możliwości własnej ręki czy nogi w przypadku dzieci i dorosłych specjalnej troski, przystosowanie się do otaczającej ich rzeczywistości poprzez zaufanie do osób najbliższych, w tym wypadku do rehabilitantów, osób, które współpracują z dzieckiem czy osobą dorosłą, oznacza uczenie się umiejętności współżycia z innymi ludźmi. Są to trzy podstawowe składniki sprzyjające zdobyciu zadowolenia z życia. Ruch wpływa na zadzierzgnięcie fizycznego kontaktu z otoczeniem, np. dziecko niepełnosprawne musi się przekonać, że podłoga jest dla niego bezpiecznym podłożem, że oparcie na niej dłoni czy stopy nie zagraża jego istnieniu. To przekonanie często rodzi się powoli, trwa w czasie. Metoda Weroniki Sherborne polega
na tym, że jej początki tkwią w wyzwalaniu poczucia bezpieczeństwa do najprostszych rzeczy. Dziecko siedzi na podłodze i prowadzący ćwiczenia również siedzi na podłodze, a to likwiduje dystans między prowadzącym a dzieckiem.
Dziecko uświadamia sobie, że posiada ręce, nogi, brzuszek, czyli ciało, którym może kierować. W ćwiczeniach tych dziecko jest tak ważne jak prowadzący, ponieważ raz dziecko, raz prowadzący demonstruje swoje możliwości, a to daje dziecku zadowolenie i rozwija świadomość, i budzi zaufanie do współpracy z innymi.
Jest jeszcze jedna ważna rzecz, którą chciałabym podkreślić z całą mocą i przekonaniem. Praca z ludźmi, z dziećmi, zwłaszcza tymi specjalnej troski to okazja do służenia, do zauważania drugiego człowieka, dzielenie się z tym drugim wszystkim, co się samemu posiada. To również uczenie się od niego akceptacji, przyjmowania go takim, jakim jest, bez żadnych warunków wstępnych. Również uzmysłowienie sobie wymagań sprawiedliwości społecznej, stawanie w obronie słabszych i pokrzywdzonych, uczestnictwo w odpowiedzialności za wspólne dobro. Dla mnie jest jasne, że przychodząc do pracy z tymi dziećmi, nie przychodzę tam po to, by je zmienić, lecz obcując z nimi ciągle zmieniam siebie, muszę to robić, by je bardziej rozumieć, by uczestniczyć w ich zmaganiach ze sobą, bo często przy każdym ćwiczeniu są to zmagania ponad ich siły, a co najważniejsze, siły te znajdują w sobie.
W pracy tej pomaga mi wiara. Nie kto inny, tylko właśnie te pokrzywdzone przez los dzieci pozwalają nam uczyć się właściwego odczytywania Ewangelii. Zrozumiawszy to proste, acz trudne przesłanie Pisma św. pojmujemy zwykłą prawdę, że iść do pracy w imię Chrystusa, to nie szukać tego, by inni nas rozumieli, ale rozumieć innych, to nie pragnąć, by inni nas akceptowali, lecz akceptować innych. Chorzy, niepełnosprawni i ubodzy w naszym życiu są cennymi
perłami, o czym często my zdrowi zapominamy, za wszystkie nasze starania ofiarowują nam swoje serca, chcą kochać wszystkich bez wyjątku, bez żadnych uprzedzeń, pragną tylko kochać. Okazując im serce można wiele osiągnąć, dać im radość, uleczyć duszę, bo prawdziwe uzdrowienie dokonuje się poprzez kontakt serc. Wiele od nich można się nauczyć, w mojej pracy jestem nastawiona na tę naukę, gdyż wobec niektórych cierpień nie pozostaje nic innego jak tylko milczenie i okazanie cierpiącemu serca. Mam 4 grupy dzieci, podziału dokonałam wg schorzeń:
- sześcioro dzieci z porażeniem mózgowym, całkowicie niesprawnych ruchowo, niesamodzielnych także w czynnościach fizjologicznych;
- sześcioro dzieci z porażeniem mózgowym i innymi uszkodzeniami, leżących, wymagających pełnej opieki i pomocy;
troje dzieci o cechach autystycznych, w tym jedno o głębokim upośledzeniu. Wymagają one specjalnych oddziaływań wychowawczych;
- sześcioro dzieci o niezłej kondycji fizycznej, samodzielnie się poruszających.
W każdej z tych grup prowadzone są zajęcia terapeutyczno-ruchowe, ponieważ, jak już powiedziałam wcześniej, wierzę w lek serca i, jak pisał Goethe, w lek dobrego słowa: "Jeżeli nie ma nadziei i ratunku, pozostaje lek dobrego słowa". Dodam jeszcze, że terapeutyczne możliwości kryje w sobie uśmiech, w nim zawiera się zapowiedź życzliwości, nadziei i wiary w skuteczność działania. Powoli przełamujemy tkwiące w nas bariery i uprzedzenia, może nadejdzie czas, że inność drugiego człowieka nie będzie budzić w nas zdziwienia, nie będziemy przed nią uciekać. Cieszy też fakt, że powstają szkoły i przedszkola, do których dzieci specjalnej troski uczęszczają razem z normalnymi.
Mnie też się marzy, stwierdza z zamyśleniem, pani Wiesława, stworzenie oddziału przedszkolnego, gdzie byłyby ze sobą dzieci z "normą" i te inne.
Oczywiście, na początku musiałby to być oddział niewielki, wierzę, że terapia poprzez wzajemny kontakt to wyjątkowa i cudotwórcza terapia. Grupa takich dzieci wzajemnie poznając się i akceptując słabości innych, pozyskując wzajemne zaufanie i świadcząc sobie pomoc odkrywałaby nowe wartości - akceptowanie człowieka takim, jakim on jest, uczyłaby się miłości innych, wytwarzała naturalne zasady współżycia.
Zdaję sobie sprawę z trudności, które przyjdzie mi pokonać na początku, choćby w oswojeniu się między sobą dzieci, ale potem z pewnością wzrastałaby odpowiedzialność jednych za drugich. Takie szkoły i przedszkola w Stanach Zjednoczonych nie budzą już żadnego zdziwienia, u nas, wiem, sporo jeszcze w tej dziedzinie trzeba by zmienić. A przecież często się zdarza, że z tych "normalnych" dzieci wyrastają narkomani, alkoholicy i tacy, którzy nie umieją sobie poradzić z dorosłym życiem. Kto wie, czy wspólnota serca nie byłaby dla nich lekarstwem?


Barbara Pytlos

 


 

Czytelnicy piszą

SPOTKANIA


Kontakt z młodzieżą niepełnosprawną i i upośledzoną utrzymuję już od roku. Przypadkowo trafiłam do Ośrodka Rehabilitacyjno-Ruchowego w Gliwicach. Znajduje się tam klub dla dzieci i młodzieży niepełnosprawnej ruchowo i z innymi upośledzeniami. Rozmowy z nimi wpłynęły na moją psychikę i zmusiły mnie do zastanowienia się nad dotychczasowym życiem. Osobom tym był potrzebny przyjaciel, z którym mogłyby porozmawiać, pobawić się, dotknąć jego ręki i odwzajemnić uśmiech, aby mogły czuć się komuś potrzebne nie zważając na swoje kalectwo.
Któregoś dnia zauważyłam radość w oczach jednej z upośledzonych dziewczynek i wdzięczność, że przy niej jestem. Moje wizyty w ośrodku były coraz częstsze. Po pewnym czasie kierownik klubu zaproponował mi wyjazd na obóz zimowy z tymi właśnie dziećmi. Radość wypełniła moje serce, ale z czasem zaczęła ona ustępować, a na jej miejsce pojawił się niepokój, obawa, bezradność. Obawiałam się podjętej decyzji. Pomimo tych mieszanych uczuć przekazałam dyrekcji ośrodka pozytywną odpowiedź. W dniu wyjazdu opuściły mnie wszystkie obawy i wiedziałam, że muszę stanąć na wysokości zadania. Miałam tam jechać jako opiekunka, po dwóch tygodniach zostałam przyjaciółką wielu dzieci.
Opiekowałam się ośmioletnim Przemkiem z porażeniem mózgowym. Codzienny pobyt z nim był dla nas obojga czasem nauki i wielu cennych doświadczeń. Obserwując jego zachowanie wiedziałam, że stara się do mnie zbliżyć, zrozumieć i w pewnym sensie pokochać. Nauczył mnie wyrozumiałości, cierpliwości i, co najważniejsze, powalił mi cieszyć się swoją radością i szczęściem.
Bardzo dużym przeżyciem dla niego i dla mnie było pokonywanie różnych przeszkód, z którymi człowiek sprawny ruchowo nie ma żadnych problemów. Razem cieszyliśmy się z jazdy konnej i o własnych sitach "przebytym kawałku drogi". Te momenty wzruszenia, radości, odwagi widoczne w jego oczach zostały na zawsze zapisane w moim sercu.
Podczas dnia był z nami Bóg, którego razem chwaliliśmy modlitwą, pracą, śpiewem i dziękowaliśmy za zdrowie, pogodę ducha i za to, że możemy tu razem być i w danej chwili trzymać się za ręce na znak pokoju. Ten wyjazd nauczył mnie patrzeć na drugiego człowieka sercem i należycie go rozumieć. Tym dzieciom, tej młodzieży nie potrzeba litości. Oni oczekują wyciągniętej dłoni drugiego człowieka, uśmiechniętej twarzy, otwartego serca i ciepłego słowa.
Rozstaliśmy się ze łzami w oczach, nawiązała się nić przyjaźni, która powinna zaowocować. Po powrocie do domu uświadamiałam sobie, że dopóki będę mogła, mój kontakt z niepełnosprawnymi nie skończy się. Sądzę, że z podobnymi odczuciami i przeżyciami wyjechała stamtąd cała grupa opiekunów dzieci niepełnosprawnych.
 

Agata Grzeszczuk- Gliwice

 


 

Czytelnicy piszą
 

Szanowna Redakcjo!
 

Od 2-go grudnia 1991 r. przy Misyjnym Seminarium Duchownym Księży Werbistów w Pieniężnie działa Fundacja Misyjno-Charytatywna im. Bł. Józefa z Szantungu. Fundacja świadczy pomoc finansową i rzeczową misjom Zgromadzenia Księży Werbistów, które wysłało już blisko 300-tu misjonarzy do ponad 50-ciu krajów świata oraz innym misjom Kościoła Rzymsko-Katolickiego, nie należącym do zakonu, a także ofiarom klęsk żywiołowych i działań wojennych.
Oczy naszej Fundacji w sposób szczególny zwrócone są na Togo, gdzie wielu ludzi pozostając bez jakiejkolwiek opieki medycznej, skazanych jest jedynie na cierpienie i śmierć. Uboga ludność, aby ratować zdrowie, musi sprzedać całoroczny zbiór rolny i skazać swoją rodzinę na głód, gdyż lekarstwa są bardzo drogie. Nasza Fundacja pragnie wysłać do Togo trzech lekarzy, którzy poświęcą swój czas urlopu na niesienie pomocy najbiedniejszym w Togo. O takich lekarzy jak internista, pediatra, dentysta, okulista prosi O. Marian Schwark SVD oraz bp diec. Sokode, Ambroise K. Djoliba. Potrzebne więc są fundusze na bilet dla lekarzy, akomodację, lekarstwa, wyposażenie laboratorium do analiz, gabinet dentystyczny, a także urządzenie do prześwietlania klatki piersiowej.
Potrzebne są ogromne środki, a nasze dotychczasowe możliwości pomocy są skromne. Dlatego zwracamy się o pomoc do społeczeństwa polskiego, prosząc uprzejmie o wsparcie finansowe. Wszelkie ewentualne ofiary pieniężne prosimy kierować na konto Fundacji: Bank Gdański SA, Oddział w Braniewie, nr 301615-24123-132-3 z zaznaczeniem na przelewie celu darowizny. Liczy się każda złotówka!
Z wyrazami szacunku,


ks. Eugeniusz Śliwka dyrektor Fundacji Misyjno-Charytatywnej
im. Bł. Józefa z Szantungu
Misyjne Seminarium Duchowne Księży Werbistów
Kolonia 19,14-520 Pieniężna
tel. (0-506) 60-31, fax (0-506) 67-01

 


 

List otwarty do premiera Rządu Rzeczpospolitej Polskiej Waldemara Pawlaka


Polska Federacja Ruchów Obrony Życia w imieniu 90 pozarządowych ruchów i organizacji, których zasadniczym celem jest ochrona macierzyństwa, człowieka poczętego i rodziny, zwraca się do Premiera Rządu RP ze stanowczym apelem, by w bieżącej polityce Rządu właściwe, należne jej miejsce, znalazły działania na rzecz polskich rodzin.
Rok 1994 z inicjatywy ONZ jest na całym świecie Rokiem Rodziny. Również i w naszym kraju podejmowane są różne inicjatywy, kongresy i seminaria poświęcone tej problematyce. Nie chodzi jednak o pojedyncze, spektakularne wydarzenia, ale o długofalową, rzeczywistą politykę prorodzinną. Pogłębiające się ubóstwo ogromnej ilości polskich rodzin sprawia, że w działaniach tych ogromną rolę powinna odgrywać pomoc państwa w stosunku do najuboższych. Polityka prorodzinną oznacza ponadto szereg zmian globalnych. Są one tym pilniejsze, że od lat obserwujemy kryzys rodziny, związany z tym wzrost zachowań z zakresu patologii społecznej, spadek liczby urodzeń i przyrostu naturalnego oraz inne niepokojące zjawiska.
Ustawa z dnia 7 stycznia 1993 roku "O planowaniu rodziny..." stanowiła ważny punkt wyjścia dla działań całościowych na rzecz rodziny. Dla członków naszych organizacji znaczącym krokiem było rozporządzenie z 5 października 1993 o nowych formach pomocy dla kobiet brzemiennych. Odebraliśmy je jako znaczący element pozytywnej realizacji styczniowej ustawy, ale przede wszystkim jako realizację konstytucyjnych zasad ochrony rodziny i macierzyństwa. Pomoc dla najuboższych jest właśnie teraz tak ważna, gdyż trudna jest ogólna sytuacja kraju.
Z niepokojem przyjęliśmy głosy, że brak wystarczających funduszy na zabezpieczenie tych zasiłków, obawami napawają nas propozycje ich ograniczenia.
Uważamy, że kobietom brzemiennym żyjącym w dramatycznych sytuacjach materialnych niezbędna jest pomoc państwa. Fakt, że zgłosiło się po nią kilkakrotnie więcej kobiet niż się spodziewano, wskazuje dobitnie, jak szeroki jest krąg ubóstwa. Propozycje ograniczenia zasiłków odbieramy jako kolejny atak na rodzicielstwo.
Uważamy, że nie można przeciwstawić sobie różnych grup ludzi oczekujących pomocy, sprzeciwiamy się lansowaniu poglądów, że z winy brzemiennych kobiet nie ma pieniędzy na zasiłki dla bezrobotnych.
Apelujemy gorąco do Pana Premiera, by stanowczo opowiedział się Pan za utrzymaniem aktualnych form pomocy i by w Roku Rodziny działania Rządu służyły dobru wszystkich polskich rodzin.


Zarząd Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia
sekretarz mgr Barbara Adamczak
Do wiadomości: środki masowego przekazu, związki zawodowe
 


[archiwum 1989] [archiwum 1991] [archiwum 1992] [archiwum 1993] [archiwum 1994]

 [archiwum 1995] [archiwum 1996] [archiwum 1997] [archiwum 1998] [archiwum 1999]

[strona główna] [adres] [e-mail] [książki]